Abbas już od dawna straszył, że odejdzie z urzędu, ponieważ negocjacje pokojowe z Izraelem znalazły się w kompletnym impasie. Bliskowschodnia ofensywa dyplomatyczna prezydenta Baracka Obamy przyniosła bowiem dotąd tylko jeden wymierny efekt: Abbas i premier Izraela, pozując do fotografii, we wrześniu w Nowym Jorku podali sobie ręce.
Palestyńczycy żądają od Izraela, by przed rozpoczęciem rozmów wstrzymał rozbudowę osiedli żydowskich na okupowanym od 1967 r. zachodnim brzegu Jordanu. Jerozolima zgodziła się co prawda nie wydawać nowych pozwoleń na budowę, ale utrzymała zielone światło dla już zatwierdzonych planów budowy 3 tys. domów.
Prawicowy premier Beniamin Netanjahu argumentuje, że osadnicy mają prawo do normalnego życia - ich dzieci po założeniu rodzin muszą mieć prawo do stawiania własnych domów.
Trudno ocenić, w jakim stopniu deklaracja 74-letniego Abbasa faktycznie oznacza, że odejdzie on z polityki, a na ile jest desperacką próbą zaszantażowania Izraelczyków i Amerykanów. Obecnie nie widać bowiem nikogo, kto mógłby go zastąpić - może z wyjątkiem 49-letniego Marwana Barghutiego, ale ten odsiaduje pięć dożywotnich wyroków w izraelskim więzieniu. Nikt poważny poza nim nawet nie pretenduje do funkcji prezydenta Autonomii, ponieważ nie ma co liczyć na poparcie skrajnie rozczarowanych Palestyńczyków.
Podobnie było już koniec 2004 r., kiedy w paryskim szpitalu umierał Jaser Arafat. Również wtedy wydawało się, że nie da się go zastąpić. I z perspektywy czasu była to diagnoza słuszna. Autonomia pod rządami Abbasa znalazła się bowiem w zupełnej rozsypce.
W 2006 r. wybory parlamentarne wygrał radykalny Hamas, który półtora roku później przejął pełnię władzy w Strefie Gazy. Abbas rządzi już tylko na Zachodnim Brzegu, i to też pewnie tylko dlatego, że tereny te kontroluje, obok palestyńskich sił bezpieczeństwa, armia izraelska.
W styczniu 2009 r. kadencja Abbasa się skończyła, ale nie można było zorganizować nowych wyborów, bo w Strefie Gazy trwała wojna Hamasu z Izraelem. Abbas sam sobie dekretem przedłużył kadencję o rok, co Hamas uznaje za bezprawne. Społeczność międzynarodowa przyjęła to jednak bez mrugnięcia okiem, ponieważ Abbas reprezentuje umiarkowane skrzydło w palestyńskiej polityce. I choć okazał się nieudolny i niezdecydowany, to inni rokują jeszcze gorzej.
Niedawno Abbas ogłosił, że wybory odbędą się w styczniu 2010 r., ale Hamas zapowiedział już, że nie zamierza decyzji samozwańczego prezydenta honorować. Ten ma zatem dość powodów, nawet pomijając impas w rozmowach z Izraelem, żeby poczuć się zniechęconym.
Cała idea Autonomii Palestyńskiej, która miała być zalążkiem niepodległego państwa, wydaje się skompromitowana. Palestyńczycy są dziś wewnętrznie skłóceni i dużo dalsi od wymarzonej wolności niż w 1994 r., kiedy Autonomia powstawała.
Jednak stany prowizoryczne mają na Bliskim Wschodzie tendencję do utrzymywania się w nieskończoność. Izrael istnieje od 61 lat, choć nie wiadomo, jakie ma granice. Będzie też trwać niewydolna Autonomia, zasilana przez dotacje UE, USA i krajów arabskich. A Abbas zapewne, mimo swoich gróźb, pozostanie pełniącym obowiązki prezydenta także w przyszłym roku.