Premier Julia Tymoszenko w blasku fleszy odbiera transport leków przeciwgrypowych na kijowskim lotnisku. W tym samym czasie prezydent Wiktor Juszczenko krytykuje w telewizji rząd, że gdyby uprościł procedury, to leki trafiłyby do potrzebujących dużo szybciej.
Tak wygląda od strony politycznej walka z grypą na Ukrainie. Najważniejsi politycy zapewniają, że cały naród powinien zjednoczyć się, by stawić czoła epidemii, która do wtorku zabiła już 71 osób. A po chwili rzucają się sobie do gardeł, nie mogąc powstrzymać emocji przed styczniowymi wyborami prezydenckimi.
- Trudno się dziwić. Faworytem wyborów niezależnie od dotychczasowych notowań ma szansę zostać ten, kto najskuteczniej stawi czoła grypie albo przynajmniej wywoła wrażenie, że tak robi - tłumaczy politolog Dmytro Wydrin.
Dla starającego się w styczniu o reelekcję prezydenta walka z grypą to jedyna szansa, by podnieść katastrofalnie niskie notowania, od miesięcy utrzymujące się na poziomie kilku procent. Dlatego Juszczenko zwołuje narady, występuje w telewizji, stara się sprawić wrażenie, że jako głowa państwa kontroluje sytuację, upominając rząd, pouczając lokalne władze, jeżdżąc po kraju na antygrypowe narady, wydając dekrety i rozporządzenia. Juszczenko zachowuje się jak wódz wydający rozkazy sztabowcom.
Tymoszenko stara się z kolei pokazać, że robi wszystko, by pomóc konkretnym ludziom. Jak dobra matka osobiście odbiera na lotnisku transporty z lekami, wzywa w telewizji do szycia masek na usta i nos.
Mimo kryzysu rząd przeznaczył na walkę z grypą 5,5 mld hrywien, czyli prawie 500 mln dol. Ale media zaczynają pytać, na co pójdą te pieniądze i czy nie zostaną jak zwykle zmarnotrawione.
"Na Ukrainie nie ma epidemii świńskiej grypy, jest banalna epidemia zwykłej grypy jak co roku - pisze w opiniotwórczej "Ukraińskiej Prawdzie" Serhij Liamec. - Ale fakty są nam przedstawiane tak, by wywołać psychozę. Pod tym pretekstem w ciągu jednego dnia rząd zdecydował się wydać pół miliarda dolarów, tak naprawdę nie wiadomo na co. Być może chodzi o transfer tych pieniędzy na zupełnie inne cele".
Podobnych spiskowych teorii jest coraz więcej. Lwowski publicysta Taras Woźniak napisał na swym blogu, że winę za tak ciężki przebieg przypadków grypy ponosi fatalny stan służby zdrowia, zwłaszcza w najbiedniejszej części kraju, zachodniej Galicji, gdzie epidemia jest najbardziej rozprzestrzeniona.
"80 proc. pieniędzy przeznaczanych dotąd na zakup sprzętu medycznego poszło na łapówki - pisze Woźniak. - Nasza służba zdrowia jest skorumpowana do szpiku kości. Zaczyna się to na uczelniach medycznych, do których najłatwiej dostać się za łapówkę. Za łapówkę można także kupić sobie dyplom. Przypuszczenia, że nowe pokolenie lekarzy zmieni starą, skorumpowaną w czasach radzieckich gwardię, okazały się całkowitymi mrzonkami".
Woźniak ma o tyle rację, że w wielu ukraińskich szpitalach zabrakło tak podstawowego sprzętu, jak ułatwiające oddychanie respiratory. To urządzenie kluczowe w momencie, gdy
grypa na skutek powikłań przekształca się u chorego w rozległe zapalenie płuc.
Wczoraj epidemia miała dojść z Ukrainy Zachodniej do Kijowa. - Ludzie chodzą po ulicach w maseczkach - opowiada "Gazecie" kijowianka Tetiana Artuszewska. - Miasto jest bardziej puste niż zwykle, zamknięte są szkoły i przedszkola, ale poza tym jest normalnie. Biura pracują, działają kina, teatry i restauracje. Odbywają się imprezy muzyczne. Duży ruch jest w aptekach. Ludzie kupują maseczki i leki przeciwgrypowe praktycznie jak leci, bez zastanowienia.
Panikę podgrzewają politycy, np. mer Kijowa Leonid Czerniowiecki, który chciał, by do stolicy nie wpuszczać pociągów i autobusów z zagrypionej Ukrainy Zachodniej. Na szczęście nikt nie potraktował jego słów poważnie.