Porwanie dziecka jest banalnie proste, jak np. w przypadku Zhuo - chłopca z wielkiego nowoczesnego ośrodka przemysłowego Shenzen na południu Chin. Kamera przemysłowa nagrała, jak do bawiącego się przed blokiem trzylatka podchodzi mężczyzna, daje mu ciastko, a potem zabawkę. Bierze chłopca za rękę i zabiera ze sobą. Ani Zhuo, ani jego porywacz nie zostali odnalezieni.
Chłopiec żyje pewnie w jakiejś innej chińskiej prowincji, może kilkaset, a może tysiące kilometrów od swoich biologicznych rodziców. Nowi rodzice, którzy nie mogli mieć dziecka, zapłacili za niego prawdopodobnie ok. 5 tys. dol. - takie są stawki na czarnym rynku dzieci. Gdyby zażyczyli sobie dziewczynkę, cena byłaby kilkakrotnie mniejsza. Ludzie często kupują dziewczynki, by wychować je na dobre, posłuszne żony dla swoich biologicznych chłopców.
- Porwanie dziecka jest zbrodnią o wiele okrutniejszą niż morderstwo - mówi Peng Gaofeng, który dwa lata temu stracił czteroletniego Lele. - Gdyby mój chłopiec zginął w trzęsieniu ziemi, jakoś pewnie bym to przeżył. Cóż miałbym robić? Ale myśl, że żyje gdzieś indziej, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jak traktowany... To każdego dnia zabija moją duszę. Jedyne, co utrzymuje mnie przy życiu, to nadzieja, że kiedyś go zobaczę.
Jak szacuje chińskie ministerstwo bezpieczeństwa publicznego, co roku w Chinach porywanych jest od 30 do 60 tys. dzieci. Większość z nich nigdy nie zostaje odnaleziona. Nowi rodzice za łapówki wyrabiają im fałszywe metryki urodzenia. Wiele dzieci jest tak małych w chwili porwania, że zapomina o rodzinnych domach.
Rodzice porwanych często narzekają na opieszałość i nieudolność policji. - Dlaczego czekali przepisowe, idiotyczne 24 godziny, zanim zaczęli szukać Lele? Wtedy było już za późno - rozpaczał Peng Gaofeng w rozmowie z dziennikarzami arabskiego kanału Al-Dżazira. Wielu rodziców szuka swoich dzieci na własną rękę, rozwieszając rozpaczliwe ogłoszenia na witrynach sklepów, drzewach czy przy placach zabaw.
Obrońcy praw dzieci uważają, że do boomu porwań przyczyniła się chińska polityka jednego dziecka. Rodzina z miasta może mieć tylko jedno dziecko (na wsi dwoje, jeśli pierwsza urodzi się dziewczynka), a większość Chińczyków marzy o synu. Dlatego niektórzy, zamiast ryzykować narodziny dziewczynki, wolą kupić chłopca.
Pół roku temu chińskie władze rozpoczęły ogólnokrajową kampanię odzyskiwania porwanych dzieci. Właśnie ogłoszono w Pekinie, że dzięki niej 2 tys. dzieci wróciło do rodzinnych domów. Na stronie internetowej ministerstwa zamieszczono w środę zdjęcia 60 dzieci, które odebrano porywaczom lub nowym rodzicom, ale nie udało się jeszcze odnaleźć ich biologicznych rodziców. Przy każdym zdjęciu są krótkie informacje, jak wiek czy miejsce odnalezienia oraz adres posterunku policji, w którym dziecko można odebrać.
Zwykle dzieci odnajduje się, przeprowadzając badania DNA. Rodzice porwanych oddali swoje próbki do ogólnokrajowej bazy danych, która zawiera około 30 tys. rodzin. Ale DNA dzieci ze strony ministerstwa nie pasowały do żadnej z próbek. Bazy danych są dopiero tworzone - w pełnej wersji powinny zawierać DNA setek tysięcy osób. W biedniejszych rejonach Chin nie ma pieniędzy na test DNA, który w Pekinie kosztuje ok. 50 dol.
Wielkim dramatem jest oddawanie dzieci porwanych przed laty, które czują silną więź z ludźmi, którzy je kupili. Zhang Zhiwei, prawnik i wolontariusz z organizacji Dzieci Wracajcie do Domów, opowiada w dzienniku "China Daily": - Zdarza się, że skrzywdzeni i ich krzywdziciele, którzy kupili dziecko od porywaczy, muszą dla dobra dziecka i jego zdrowia psychicznego współpracować. Dziecko co kilka miesięcy zmienia miejsce zamieszkania, raz mieszkając z jednymi, a raz z drugimi rodzicami.