Klaus żąda, aby UE dołączyła do traktatu lizbońskiego gwarancje, że nie może on być podstawą do roszczeń Niemców sudeckich wysiedlonych z Czechosłowacji po II wojnie na mocy dekretów prezydenta Edvarda Benesza. Rzecznik Klausa mówił w ostatni piątek, że zadowala go propozycja dodatku do Lizbony proponowanego przez Szwecję, która przewodniczy teraz Unii. Jednak wczoraj w Luksemburgu minister Malström powiedziała szefom unijnych MSZ-ów, że nie jest gotowa, by przedstawić im propozycję czeskiej poprawki.
Dekrety Benesza wysiedlały też słowackich Węgrów i dlatego szef węgierskiego MSZ podkreślał, że Budapeszt nie zaakceptuje poprawki wspominającej wprost Benesza. Szwedzi namawiają Czechów do neutralnego tekstu bez wyraźnych odniesień historycznych, ale o szczegółach zdecyduje szczyt UE w najbliższy czwartek.
Dziś czeski trybunał konstytucyjny rozpoczyna rozprawę na temat konstytucyjności traktatu z Lizbony. Orzeczenia można się spodziewać w listopadzie i niewykluczone, że dopiero wtedy UE ostatecznie zatwierdzi dodatek Klausa w nadziei na jego podpis pod ratyfikacją.
Traktat lizboński powołuje unijną służbę dyplomatyczną (z unijnymi "ambasadami" w stolicach poza UE), na której czele powinien stać szef dyplomacji będący jednocześnie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej. Nie precyzuje jednak jego dokładnych kompetencji i dlatego kraje członkowskie - po długich bojach - wstępnie ustaliły wczoraj część jego uprawnień.
Gwarancją sporej niezależności szefa dyplomacji UE będzie prawo do samodzielnego mianowania ambasadorów przy ogólnikowym zastrzeżeniu, że 33 proc. dyplomatów powinno pochodzić z MSZ-ów krajów członkowskich (Polska postulowała, by aż połowa). Ponadto niezależny
budżet oraz słabe uprawnienia kontrolne ze strony Parlamentu Europejskiego, które wczoraj wpisano do założeń wspólnej dyplomacji, sprawią, że szef polityki zagranicznej i obronnej będzie miał znacznie większą autonomię wobec innych brukselskich instytucji, niż chcieli zwolennicy większej integracji, czyli np. kraje Beneluksu.
Szef dyplomacji ma proponować nowe inicjatywy w polityce międzynarodowej (m.in. w sprawach negocjacji z krajami trzecimi), ale każdorazowo będą je musiały zatwierdzać rządy krajów UE. To oznacza, że polityka zagraniczna UE nadal będzie głównie wynikiem gier między państwami, a nie domeną brukselskich instytucji.