Cień Klausa nad Unią Europejską

Tomasz Bielecki, Luksemburg
27.10.2009 , aktualizacja: 27.10.2009 08:52
A A A Drukuj
- Na razie nie doszliśmy do porozumienia z czeskim prezydentem Vaclavem Klausem - mówi Cecilia Malström, szwedzka minister ds. europejskich. A to znaczy, że ratyfikacja traktatu z Lizbony przez Czechy stoi nadal pod znakiem zapytania.
Prezydent Czech Vaclav Klaus jest pod wrażeniem moskiewskich uroczystości rocznicy zakończenia II wojny światowej
Fot. Petr David Josek AP
Prezydent Czech Vaclav Klaus jest pod wrażeniem moskiewskich uroczystości rocznicy zakończenia II wojny światowej
Klaus żąda, aby UE dołączyła do traktatu lizbońskiego gwarancje, że nie może on być podstawą do roszczeń Niemców sudeckich wysiedlonych z Czechosłowacji po II wojnie na mocy dekretów prezydenta Edvarda Benesza. Rzecznik Klausa mówił w ostatni piątek, że zadowala go propozycja dodatku do Lizbony proponowanego przez Szwecję, która przewodniczy teraz Unii. Jednak wczoraj w Luksemburgu minister Malström powiedziała szefom unijnych MSZ-ów, że nie jest gotowa, by przedstawić im propozycję czeskiej poprawki.

Dekrety Benesza wysiedlały też słowackich Węgrów i dlatego szef węgierskiego MSZ podkreślał, że Budapeszt nie zaakceptuje poprawki wspominającej wprost Benesza. Szwedzi namawiają Czechów do neutralnego tekstu bez wyraźnych odniesień historycznych, ale o szczegółach zdecyduje szczyt UE w najbliższy czwartek.

Dziś czeski trybunał konstytucyjny rozpoczyna rozprawę na temat konstytucyjności traktatu z Lizbony. Orzeczenia można się spodziewać w listopadzie i niewykluczone, że dopiero wtedy UE ostatecznie zatwierdzi dodatek Klausa w nadziei na jego podpis pod ratyfikacją.

Traktat lizboński powołuje unijną służbę dyplomatyczną (z unijnymi "ambasadami" w stolicach poza UE), na której czele powinien stać szef dyplomacji będący jednocześnie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej. Nie precyzuje jednak jego dokładnych kompetencji i dlatego kraje członkowskie - po długich bojach - wstępnie ustaliły wczoraj część jego uprawnień.

Gwarancją sporej niezależności szefa dyplomacji UE będzie prawo do samodzielnego mianowania ambasadorów przy ogólnikowym zastrzeżeniu, że 33 proc. dyplomatów powinno pochodzić z MSZ-ów krajów członkowskich (Polska postulowała, by aż połowa). Ponadto niezależny budżet oraz słabe uprawnienia kontrolne ze strony Parlamentu Europejskiego, które wczoraj wpisano do założeń wspólnej dyplomacji, sprawią, że szef polityki zagranicznej i obronnej będzie miał znacznie większą autonomię wobec innych brukselskich instytucji, niż chcieli zwolennicy większej integracji, czyli np. kraje Beneluksu.

Szef dyplomacji ma proponować nowe inicjatywy w polityce międzynarodowej (m.in. w sprawach negocjacji z krajami trzecimi), ale każdorazowo będą je musiały zatwierdzać rządy krajów UE. To oznacza, że polityka zagraniczna UE nadal będzie głównie wynikiem gier między państwami, a nie domeną brukselskich instytucji.



Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos