Deklaracja sędziego na razie nie grozi Berlusconiemu żadnymi konsekwencjami, bo jest tylko częścią uzasadnienia (a nie orzeczenia) piątkowego wyroku w sprawie korupcji, w którą był zamieszany koncern Fininvest należący do obecnego premiera Włoch.
Zgodnie z włoskim prawem Berlusconiemu należałoby teraz wytoczyć odrębny proces. Sęk w tym, że szef włoskiego rządu przeforsował przed rokiem ustawę przyznającą mu immunitet jako urzędującemu premierowi. Słowa sędziego Masiana wywołały jednak polityczną burzę we Włoszech, bo trybunał konstytucyjny właśnie dzisiaj powinien przystąpić do rozpatrywania skargi na niezgodność prawa o immunitecie z ustawą zasadniczą.
- Chcą mnie przegnać z kraju! Sędziowie sprzysięgli się przeciwko mnie - bronił się wczoraj Berlusconi, dla którego zarzuty korupcyjne nie są żadną nowością. Premier zgodnie z odegranym już kilkakrotnie scenariuszem kreuje się w takich sytuacjach na biznesmena-męczennika, którego chcą zadusić "czerwone togi", czyli lewicowe sądy i prokuratorzy zazdroszczący mu sukcesu oraz nienawidzący za prawicowe przekonania. Nie wszyscy zwolennicy premiera traktują serio te opowieści, ale wierzą, że "skoro wszyscy politycy kradną, to żadnego to nie dyskredytuje".
Przekupywanie sędziów, w które miał być zaangażowany Berlusconi, dotyczyło sprzedaży największego włoskiego wydawnictwa Mondadori. Rodzina Mondadorich w 1989 r. podpisała wstępną umowę sprzedaży z Carlem De Benedettim - potentatem kojarzonym z włoską lewicą i rywalizującym z koncernem Berlusconiego. Wkrótce potem Mondadori w zagadkowych okolicznościach zmienili zdanie i zawarli drugą umowę z Berlusconim. Media spekulowały o politycznych naciskach rządzącej centroprawicy, która bała się potęgi "lewicowego" wydawnictwa De Benedettiego.
Choć umowa Berlusconiego wydawała się lipna, to - jak dziś wiadomo - jego koncern Fininvest przekupił sąd w latach 90. i w ten sposób unieważnił obietnicę sprzedaży Mondadori De Benedettiemu. Najstarsza córka premiera do dziś kieruje wydawnictwem. Jednak koncern Berlusconiego na mocy piątkowego wyroku musi teraz zapłacić De Benedettiemu 750 mln euro odszkodowania za dawne oszustwo.
Łapówki przekazywał osobiście - co jest tajemnicą poliszynela już od lat 90. - osobisty prawnik Berlusconiego Cesare Previti, którego ten uczynił ministrem obrony w 1996 r. Kiedy Previtiego skazano w 2006 r. na sześć lat w innej łapówkarskiej sprawie (związanej z firmami premiera), rząd szybko przepchnął ustawę, dzięki której Previti odsiedział tylko kilkadziesiąt godzin. Zwolniono go do "aresztu domowego" (de facto na wolność), bo skończył 70 lat.
Sam Berlusconi wykpił się już od kilku procesów korupcyjnych. Jego adwokaci umiejętnie przeciągali je całymi latami, a zdominowany przez ludzi Berlusconiego parlament - zdaniem opozycji na jego życzenie - skracał okresy przedawnienia dla przestępstw zarzucanych premierowi. Procesy umarzano.
Ustawa o immunitecie pojawiła się, kiedy Berlusconiemu zaczął się palić grunt pod nogami podczas niedawnego procesu prawnika Davida Millsa. Skazano go w lutym tego roku za przyjęcie 600 tys. euro łapówki za fałszywe zeznania na korzyść Berlusconiego w jego procesach korupcyjnych w latach 90. Sąd stwierdził w uzasadnieniu wyroku Millsa, że to obecny premier Włoch (a nie jego adwokaci) zlecał przekupywanie świadka, ale - dzięki immunitetowi - zawieszono proces w tej sprawie.
Czy Berlusconi stanie kiedyś przed sądem? Włoskie media wyliczają, że aż siedmiu z 15 sędziów trybunału konstytucyjnego uważa, że wprowadzanie immunitetu zwykłą ustawą (a nie poprzez zmianę konstytucji) jest bezprawne, a poglądy trzech są niepewne. - Jeśli odrzucą ustawę, to uchwali się nową - miał niedawno się pocieszać Berlusconi. Kłopot premiera w tym, że część posłów jego coraz mocniej trzeszczącej koalicji może mu odmówić posłuszeństwa lub nawet zmusić do dymisji po niekorzystnym wyroku trybunału.