Maria Kruczkowska: Chiny są rosnącą światową potęgą, największym inwestorem w amerykańskie obligacje. Czy można mówić początkach nowego globalnego ładu, nazywanego już G2, w którym USA będzie rozdawać karty w wielkiej polityce wspólnie z Chinami? Jean-Luc Domenach: Na razie różnica między potencjałem Chin a Stanów Zjednoczonych jest za duża, by mówić o G2, ale owszem - Chiny do tego dążą, chcą się stać głównym partnerem Ameryki. Jednym z elementów ich strategii jest obniżanie rangi Europy, m.in. próba dzielenia Starego Kontynentu. Już teraz Pekin potrafi zachowywać się bardzo twardo wobec rządów europejskich, których stanowisko mu nie odpowiada. Uważam jednak, że zaczęły tę grę za wcześnie i że przeceniają własne siły. Chiny wydają się dziś ogarnięte wielkomocarstwową pychą, trochę przypominająca rosyjską.
"Stosunki Chin z USA ukształtują XXI w." - mówił Barack Obama, otwierając w lipcu pierwsze forum dialogu z Chinami w Waszyngtonie... - Nie traktowałbym tego zbyt dosłownie. Obama usiłuje naprawić błędy Busha. Jest uprzejmy, prawi komplementy, ale na razie na świecie jest tylko jedno supermocarstwo.
Chiny są zagrożeniem czy szansą dla porządku światowego? - Stopniowo stają się krajem status quo - takim, który akceptuje obecny porządek światowy i zamierza go bronić, bo dobrze na tym wychodzi. Gospodarka chińska jest przecież bardzo zależna od światowej. Dlatego chińska dyplomacja działa na rzecz stabilizacji sytuacji w Azji i poza nią.
To wszystko sprawia, że dziś Chiny są bardziej przewidywalne.
Relacje ze światem komplikuje jednak rosnący nacjonalizm w samym Państwie Środka. Partia sama go wyhodowała, bo jak każdy rząd komunistyczny potrzebowała legitymizacji swojej władzy. Teraz zaczyna mieć z nim kłopoty. Podczas wizyty w Meksyku Xi Jinping, uważany za przyszłego przywódcę Chin, wypalił: "Niektórzy cudzoziemcy nie mają nic lepszego do roboty, niż czepiać się chińskich spraw". Dodał, że przecież Chiny nie eksportują głodu oraz biedy i nie sprawiają innym kłopotów.
Dokąd zmierzają Chiny? - Chiny dojrzały do kolejnej zmiany, przeżyły już komunizm. Następnym etapem ich rozwoju był autorytarny kapitalizm oparty na eksporcie. Kryzys światowy sprawił, że również ten model rozwoju Chin jest na wyczerpaniu. Amerykańscy konsumenci nie są już w stanie podtrzymać wzrostu gospodarczego Państwa Środka. Pekin nie ma innego wyjścia, jak przestawić się na popyt wewnętrzny. Musi skłonić Chińczyków, najbardziej oszczędnych ludzi na ziemi, by wydawali swoje pieniądze. Jak to zrobi? Budując system osłon socjalnych, sprawiając, by Chińczyków było stać na wysłanie dziecka do szkoły i na operacje w szpitalach. Muszą też spowolnić wzrost do 5 albo 6 proc.
PKB rocznie [dziś to 8 proc.]. To wszystko wymaga od reżimu, by zaczął rozmawiać ze społeczeństwem.
Czy jest do tego zdolny? - To dobre pytanie. I dlatego tytuł mojej ubiegłorocznej książki "Chiny mnie niepokoją" pozostaje aktualny. Jeśli Pekin nie podejmie reform, może dojść do katastrofy, a 20 lat po masakrze studentów na placu Tiananmen nie jest już pewne, czy wojsko zechce strzelać do ludu.