Irlandia: 55 proc. za Lizboną, ilu powie "nie"?

Tomasz Bielecki, Dublin
30.09.2009 , aktualizacja: 30.09.2009 19:17
A A A Drukuj
- Nie wierzcie tym łgarzom. Badania dają nam, przeciwnikom Lizbony, aż 59 proc. Media, które są w rękach probrukselskich polityków i bogaczy, nie drukują prawdziwych wyników - słyszałem na wiecu w Dublinie
Ostatnie sondaże przed jutrzejszym referendum, w którym Irlandia zdecyduje o ratyfikacji traktatu lizbońskiego, dają zwolennikom wzmocnienia UE około 55 proc. głosów.

Związkowcy zdominowali ostatni dzień kampanii przed drugim referendum. - Traktat to wolny rynek dla banków i korporacji i wyzysk dla robotników! - krzyczeli demonstranci na wiecu przy ulicy Molesworth w Dublinie.

Przeświadczenie o brukselskim spisku, którego celem jest zmuszenie Irlandii do przyjęcia niechcianego traktatu, to główny motor oporu przeciwników, którzy nie uginają się przed zmasowaną kampanią na "tak" prowadzoną przez rząd, znanych aktorów i sportowców.

Traktat oficjalnie poparły wszystkie duże partie polityczne z rządu i z opozycji, a nawet część centrali związkowych - koalicję na rzecz Lizbony tworzyło też kilkunastu wielkich przedsiębiorców. Ale w uboższych warstwach społeczeństwa może to dać efekt odwrotny od zamierzonego. - Sprzeciw wobec Lizbony staje się głosem przeciw elitom - mówi irlandzki politolog Sean Mullen.

Wśród wczorajszych demonstrantów w Dublinie zaskakiwała wielka liczba młodych. Nie dla pomocy państwowej dla banku! Nie dla cięć w zasiłkach dla bezrobotnych, dotacjach dla przedszkoli i ubogich! Nie dla Lizbony! - krzyczeli.

21-letnia Rachel O'Brian, studentka informatyki w Dublinie, tłumaczy, że to Bruksela wymyśliła, aby na kryzys finansowy odpowiedzieć ogromną pomocą budżetową dla banku. - Wmawiają nam, że Unia szerzy wolną konkurencję, co uzdrawia gospodarkę i rodzi dobrobyt. Ale gdy bankowiec ma spakować torby, to ratuje mu tyłek naszym kosztem - mówi O'Brian.

Zwolennicy traktatu do ostatnich dni kampanii starali się, aby wyborcy przestali kojarzyć traktat lizboński z rządem Briana Covena, który ma marne notowania m.in. dlatego, że musi ciąć wydatki socjalne z powodu kryzysu gospodarczego. Premiera popiera tylko 14 proc. ludzi i jest to najgorszy wynik od początku niepodległości Irlandii.

- Ci, którzy dziś prowadzą kampanię na "nie", używają nieprawdziwego argumentu, że jeśli referendum zakończy się przegraną, to rząd będzie musiał odejść. My też chcemy nowego premiera, ale popieramy Lizbonę, aby nie doszło do zmarginalizowania Irlandii w Unii - mówi Proinsias de Rossa, eurodeputowany opozycyjnej Partii Pracy. Jednak sondaże pokazują, że tej strategii nie popiera wielu zwolenników jego partii, którzy w najlepszym wypadku nie pójdą w piątek głosować.

Kiedy Irlandia po raz pierwszy odrzuciła traktat lizboński w 2008 r., UE zgodziła się dołączyć do niego przed powtórnym głosowaniem deklarację potwierdzającą suwerenność Dublina w sprawie podatków, neutralności oraz wrażliwego ustawodawstwa w sprawie zakazu aborcji, eutanazji czy małżeństw gejowskich. - Akurat w tej ostatniej sprawie bliżej mi do Francji lub Belgii niż do naszej konserwy. Ale sztuczek prawnych nie lubię. Przed rokiem powiedzieliśmy traktatowi "nie". I na tym powinien być koniec - mówi 28-letni mechanik Richard Croft.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy