Lato nie było dla Obamy dobre, poparcie dla niego spadło z ponad 60 do 50 procent - w dużej mierze z powodu reformy opieki zdrowotnej. Na setkach wieców i spotkań z kongresmenami ludzie w większości odrzucali plany Obamy. Emocje szalały - prezydenta oskarżano, że jest "komunistą", "socjalistą" a nawet "Mengelem" i "Hitlerem". Z drugiej strony zwolennicy reform oskarżali jej przeciwników, że "zabijają dziesiątki ludzi dziennie", a jeden z nich odgryzł oponentowi podczas pikiety palec. Choć sondaże pokazują, że większość Amerykanów uważa reformy za konieczne, to 52 procent z nich krytykuje sposób, w jaki Obama się do nich zabiera.
Prezydent postanowił wziąć byka za rogi w środowym (ranek w czwartek w Polsce) przemówieniu do Kongresu USA, drugim podczas ośmiu miesięcy jego rządów. Obama był zdecydowany i pewny siebie. - Czas na reformę jest teraz - mówił. - Nie boimy się przyszłości, my ją tworzymy!
Z jednej strony Obama bardzo mocno atakował prawicową opozycję. "Otwartymi kłamstwami" nazwał nie tylko głosy z wieców, że zamierza wprowadzić biurokratyczne "panele śmierci", które będą decydować o leczeniu lub nie ludzi poważnie chorych. Zarzucił przeciwnikom, że celowo zastraszają ludzi, mówiąc, że reforma spowoduje pokrywanie kosztów aborcji lub ubezpieczy nielegalnych imigrantów. "To nieprawda!" - mówił Obama, ale na jego słowa jeden z kongresmenów republikańskich Joe Wilson rzucił: - To kłamstwa!
Wielu Republikanów po przemówieniu przepraszało za ten incydent, w Ameryce przekraczający zasady etykiety politycznej. Po dwóch godzinach sam kongresmen Wilson przeprosił Obamę.
Obama zapowiedział też, że nie będzie rozmawiał z oponentami, którzy chcą uśmiercić reformę "z powodów politycznych" - o takich plany, by osłabić Obamę, głośno wspominało kilku polityków i komentatorów prawicy. Jednak Obama wyciągał też do przeciwników rękę. Chwalił za niektóre propozycje reform swego przeciwnika z wyborów prezydenckich Johna McCaina. Zapowiedział też, co się prawicy spodobało, że ograniczy wysokie w USA odszkodowania sądowe za błędy lekarskie, które zwiększają koszty medyczne.
Jednak co do zrębów planu reform przygotowywanego przez Demokratów Obama nie zmienił stanowiska ani na jotę. Zapowiedział, że ubezpieczyciele nie będą mogli odmawiać polis ludziom z chorobami. Że ci obywatele, którzy nie chcą wykupywać ubezpieczeń, będą płacili kary. Podobnie specjalny podatek mają płacić ubezpieczalnie sprzedające zbyt drogie polisy.
Przede wszystkim za's Obama powtórzył poparcie dla zbudowania państwowej firmy ubezpieczeniowej, stanowiącej tańszą alternatywę dla ubezpieczycieli prywatnych, po to, by zmusić ich do ograniczenia cen. To z powodu tego pomysłu oskarżano go latem na wiecach o "wprowadzanie socjalizmu", przeciwko temu zjednoczeni sa niemal w całości Republikanie.
Jednak i tu Obama zastosował swój ulubiony chwyt - prezentowania się jako arbiter, polityk centrum. Powiedział "tym na lewicy", że "nie należy przeceniać tej opcji", a prawicy zasugerował, że "jest otwarty na inne pomysły".
Obama w kwestii państwowego ubezpieczyciela jest pod podwójnym ogniem. Z jednej strony poparcie reformy z tą opcją wykluczają nie tylko Republikanie, ale i kilkudziesięciu centrowych Demokratów. Z drugiej Demokraci z lewego skrzydła partii grożą, że nie poprą ustawy bez tego pomysłu. W Waszyngtonie uważa się dziś za najbardziej prawdopodobne, że Obama będzie chciał przeforsować ustawę z publicznym ubezpieczycielem jako "straszakiem". To znaczy na razie go nie będzie, ale jeśli reforma nie osiągnie swych celów, czyli nie ograniczy liczby nieubezpieczonych oraz kosztów, wówczas państwo publicznego ubezpieczyciela stworzy. Na takie rozwiązanie mogliby się zgodzić umiarkowani demokraci i kilku centrowych republikanów.
Obama wprowadził wczoraj nieco zamieszania w kwestii tego, ilu tak naprawdę nieubezpieczonych w USA jest. W czasie kampanii i pierwszych miesięcy prezydentury mówił o 45-47 milionach ludzi bez ubezpieczenia, tymczasem wczoraj - o "ponad 30 milionach Amerykanów, którzy ubezpieczenia nie mogą dostać".
Obama obiecywał też wczoraj, co jest odpowiedzią na kolejne zarzuty opozycji, że "nie podpisze reformy, która zwiększy choć o centa deficyt budżetowy". Republikanie, co jest oczywiste, ale i część ekspertów uważa, że to niemożliwe.
Opinie na temat mowy Obamy były krańcowo różne. Wielu demokratów mówiło, że "było to perfekcyjne wystąpienie", a nawet "najlepsze za jego prezydentury". Zdaniem republikanów "Obama po raz setny powiedział to samo".
Ross Baker, politolog z Uniwersytetu Rutgers, podsumowuje: - Świetne przemówienie, które nie zmieniło niczyjego zdania w Kongresie na temat reformy.