Wczoraj Buzek przekonywał w Dublinie Irlandczyków, by w październikowym referendum zagłosowali za traktatem z Lizbony. Problem w tym, że Irlandczycy alergicznie reagują na presję ze strony europejskich polityków.
Prawdziwa misja czeka na Buzka w Bratysławie i Budapeszcie. Kiedy na początku lipca nad Dunajem wybuchła wielka awantura o ustawę o języku słowackim, która pod groźbą grzywny nakazuje posługiwanie się słowackim np. w gabinetach lekarskich, Unia nabrała wody w usta. Buzek, wówczas świeżo wybrany szef europarlamentu, jako jedyny wysoki rangą polityk europejski wypowiedział się w tej sprawie.
Choć zawsze był raczej prosłowacki, a z byłym premierem Słowacji Mikulaszem Dzurindą łączy go przyjaźń, stanął po stronie mniejszości węgierskiej, w którą nowe prawo uderzało najbardziej. Po niedawnym spotkaniu z szefową węgierskiego parlamentu Katalin Szili Buzek powiedział, że Parlament Europejski jest gotów wziąć udział w trójstronnych rozmowach dotyczących ustawy językowej. Czas przekuć obietnice na słowa.
Bolesny i wstydliwy dla naszego regionu Europy słowacko-węgierski konflikt o traktowanie mniejszości narodowych to idealne wyzwanie dla Buzka. Spór potwierdza, niestety, coraz bardziej rozpowszechniony na Zachodzie stereotyp, że Europa Środkowa i Wschodnia nie dojrzała, by mieszkać w europejskim domu z dojrzałymi narodami. Że wiele konfliktów narodowych czy etnicznych zostało tam przysypanych na czas negocjacji z UE i teraz wybuchają niczym wulkany.
W rozumowaniu tym jest mieszanina paternalizmu, wyższości i schadenfreude. Zachód, który ma też problemy ze swoimi ksenofobami i rasistami w rodzaju antyislamskiego Holendra Geerta Wildersa czy skupiającej tylko "białych ludzi" Brytyjskiej Partii Narodowej, czuje ulgę, widząc, że w"nowej" Europie jest jeszcze gorzej. No bo przecież na Węgrzech niewinną Romkę zabija się we śnie, strzelając do niej z dubeltówki, a szef policji Słowacji zatrzymuje prezydenta Węgier na moście i nie wpuszcza go do swego kraju.
Węgrzy i Słowacy wpisują się w ten stereotyp. Politycy po obu stronach granicy podsycają wzajemne waśnie, by nacjonalistyczne nastroje przekuć na głosy w wyborach. Choć za popsucie stosunków Bratysławy z Budapesztem odpowiedzialni są politycy po obu stronach granicy, to podłoża wzajemnej nieufności, poczucia krzywdy i strachu należy szukać w historii. Słowacja powstała po rozwodzie Czechosłowacji, która z kolei narodziła się na skutek traktatu z Trianon z czerwca 1920 r. Co było początkiem słowackiego snu o własnej państwowości, stało się końcem wielkich Węgier, które wraz z Austrią Habsburgów tworzyły światowe mocarstwo.
Poza granicami dawnych Węgier znalazło się wówczas 5 mln Węgrów. Słowacy, których ziemie przez wieki były częścią Królestwa Węgier, są bardzo wrażliwi na punkcie swej tożsamości narodowej budowanej poniekąd w opozycji do tego, co węgierskie.
Kontrowersyjne słowackie prawo językowe wzięło się pewnie także z tej wrażliwości i strachu, że silna, duża (550 tys. w 5 mln Słowacji) mniejszość węgierska zacznie jeszcze bardziej ciążyć ku Budapesztowi. Z kolei Węgrzy nie wyrośli dotąd z poczucia krzywdy po Trianon i są przewrażliwieni na punkcie swej mniejszości na Słowacji.
Buzek powinien zacząć od podróży do obu stolic - wysłuchać argumentów w sporze, spotkać się z politykami wszystkich partii głównego nurtu, a także mniejszości po obu stronach Dunaju - nie tylko słowackich Węgrów, ale i Romów, Łemków, Czechów itd. W rozmowie z rządzącymi mógłby uświadomić im, jak wielki cień ten spór rzuca nie tylko na Węgry i Słowację, ale także na cały region. I jak bardzo utrudnia to regionalną współpracę w ramach Grupy Wyszehradzkiej przed kluczowymi rozmowami o przyszłym budżecie Unii i reformie polityki rolnej.
Buzek powinien się jednak wystrzegać roli posłańca, który przekazuje stanowisko Węgrów Słowakom i odwrotnie. Któraś ze stron mogłaby go zawsze oskarżyć o sprzyjanie adwersarzowi. Pod patronatem Parlamentu Europejskiego i Buzka mogłaby się zaś np. odbyć konferencja poświęcona mniejszościom narodowym. Do przemyślenia jest też słowacko-węgiersko-romski okrągły stół.
Ze śląskimi korzeniami, dobrymi kontaktami w regionie Buzek idealnie nadaje się do tej roli. Nie bez znaczenia jest to, że jest politykiem z Europy Środkowo-Wschodniej, który rozumie jej historyczne zawiłości i wrażliwości.
Gdyby udało się namówić Węgrów i Słowaków do symbolicznego gestu pojednania, warto rozważyć jeden ze scenariuszy, który usłyszałem w rozmowie z dyplomatami Grupy Wyszehradzkiej. Premierzy Węgier i Słowacji mogliby się spotkać w Komarnie, w mieście, które jak Zgorzelec i Görlitz przedzielone jest granicą i w którym po słowackiej stronie mieszka węgierska mniejszość. Tam uścisnęliby sobie ręce pod pomnikiem założyciela Węgier i patrona państwa króla Stefana I. Był on także królem Słowaków, których ziemie należały do Korony Węgierskiej.