Spada poparcie Irlandczyków dla traktatu lizbońskiego

Spada poparcie Irlandczyków dla traktatu lizbońskiego. - Ratyfikacja traktatu będzie poważnym wyzwaniem - przyznaje irlandzki szef dyplomacji Michael Martin na miesiąc przed referendum w Irlandii, które zdecyduje o przyszłości UE.
Irlandczycy zdecydują 2 października w referendum, czy ich kraj powinien ratyfikować traktat lizboński wzmacniający Unię Europejską. Choć w najnowszym sondażu dla gazety "The Irish Times" Irlandczycy popierający traktat wciąż mają sporą przewagę nad przeciwnikami (46 do 29 proc.), ale badanie pokazało silny trend spadkowy wśród zwolenników ratyfikacji.

Poparcie dla traktatu obniżyło się aż o osiem punktów w porównaniu z sondażami przedwakacyjnymi (które dawały 54 proc. poparcia), co ogromnie zaskoczyło rząd Irlandii. - Czeka nas ciężka kampania przed referendum - komentował wczoraj szef MSZ Michael Martin.

Rosnąca niechęć do traktatu jest głównie efektem fatalnych notowań rządu Irlandii - trzy czwarte ankietowanych Irlandczyków niezadowolonych z kryzysu, rosnącego bezrobocia i chaosu na szczytach władzy pragnęłoby jak najszybszej zmiany premiera i ministrów.

- Część Irlandczyków skłania się do hasła "pal licho z nimi wszystkimi". Pytają, czy skoro rząd zawala na wszystkich frontach, to czy można mu zaufać w sprawie traktatu lizbońskiego - tłumaczy irlandzki publicysta Austin Hughes. To efekt kryzysu przeciwny do Islandii nienależącej na razie do UE, gdzie zapaść gospodarcza wzmocniła euroentuzjastów widzących w Brukseli ratunek przed własnymi nieudolnymi politykami.

Większość znawców Irlandii nadal prognozuje, że wynik irlandzkiego referendum powinien być pozytywny dla traktatu lizbońskiego, ale też ostrzegają przed zgubnymi skutkami ospałej kampanii na rzecz ratyfikacji. Irlandczycy przed rokiem odrzucili traktat w pierwszym referendum, bo do grupy jego twardych przeciwników z konserwatywnej i nacjonalistycznej prawicy dołączyli wyborcy deklarujący, że nie poprą traktatu, którego nie rozumieją.

Tezę o brukselskich knowaniach przeciw suwerenności Irlandii forsował wówczas irlandzki milioner Declan Ganley, założyciel Libertasu. W tym roku wielki biznes angażuje się także po przeciwnej stronie - tanie linie lotnicze Ryanair zamierzają wydać co najmniej 200 tys. euro na promowanie traktatu. - Tylko półgłówki chcą głosować przeciw - mówił niedawno prezes Ryanaira Michael O'Leary.

Ponowne referendum w Irlandii jest możliwe dzięki brukselskiej ekwilibrystyce prawnej - do traktatu lizbońskiego na potrzeby Dublina dołączono deklarację, która potwierdza suwerenność Irlandii w sprawie wysokości podatków, obronności (czyli zachowania neutralności) oraz prawa rodzinnego (czyli zakazu aborcji).

Zablokowanie traktatu przez Irlandię byłoby katastrofą dla obecnego modelu zacieśniania integracji w UE. Wzmocniłoby w Brukseli rzeczników "Europy kilku prędkości", czyli rezygnacji z jednomyślności w reformowaniu UE. Państwa, które w przyszłości nie zgadzałyby się na kolejne reformy, pozostawałyby poza trzonem Unii, czyli na jej marginesie.