Jak Polacy i Rosjanie młócą historię

70. rocznica wybuchu II wojny światowej posłużyła jako kolejny pretekst do polsko-rosyjskiej wojny o pamięć. Tym razem poszło o ocenę paktu Ribbentrop-Mołotow. Strony okopały się na swoich pozycjach, a media w obu krajach podsycają spór, wykorzystując naciągane tezy prezentowane przez najbardziej radykalnych głosicieli ?polityki historycznej?.
Nikomu nie przychodzi do głowy konfrontować różnych opinii, także historyków zagranicznych, nasza prawda jest bowiem jedynie słuszna, a druga strona fałszuje historię z przyczyn politycznych, nie chce bowiem przyjąć odpowiedzialności.

Rosyjska państwowa telewizja dopuściła się propagandowej manipulacji, snując wyssane z palca tezy, jakoby Polska w latach 30. planowała wspólny z III Rzeszą atak na ZSRR. Bzdurę tę wymyślili notabene dziennikarze francuskich gazet w 1934 r.

Niestety, także po naszej stronie zabrakło jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji z argumentami tych poważnych rosyjskich historyków, którzy kwestionują polską ocenę paktu. Zbywa się ich - niestety również w "Gazecie" - wzruszeniem ramion i zwala wszystko na rehabilitację stalinizmu, która jakoby nastąpiła w putinowskiej Rosji.

Tak oto historia przestaje być nauką, nie jest nawet przysłowiową magistra vitae, lecz zostaje sprowadzona do roli cepa w polsko-rosyjskiej młócce.

Polityka historyczna potrzebuje mitów. I oczywiście także nasza tworzy ich bez liku, a bezkrytyczne media powtarzają je bez żadnej dyskusji. Część dziennikarzy poczytuje to sobie zapewne za patriotyczny obowiązek. Niestety, mity owe nie wytrzymują konfrontacji z faktami, o których piszą także polscy historycy.

Mit pierwszy - pakt jako przyczyna wojny

Pakt Ribbentrop-Mołotow umożliwił najazd Niemiec na Polskę i wybuch II wojny światowej. Bez paktu wojna by nie wybuchła. Tezę tę można znaleźć nie tylko w mediach, ale także w niektórych podręcznikach historii dla szkół.

A jakie są fakty? Dyrektywa do sporządzenia planu "Fall Weiss" - czyli ataku Niemiec na Polskę - została wydana w kwietniu 1939 r. Ofensywa miała się zacząć przed wrześniem 1939 r., czyli przed jesiennymi roztopami, które mogły utrudnić szybki marsz kolumn pancernych.

Decyzja o ataku zależała wyłącznie od Adolfa Hitlera, który, jak wiadomo, kierował się niespecjalnie racjonalnymi przesłankami. Ostatni, bezpośredni rozkaz został wydany już po zawarciu paktu, ale brak jest jakichkolwiek źródeł, które potwierdzałyby tezę, że wobec niepewnej reakcji ZSRR atak zostanie odwołany. Ktokolwiek więc twierdzi autorytatywnie, że Hitler nie rozpocząłby wojny bez paktu Ribbentrop-Mołotow, musi mieć bezpośredni kontakt z medium Führera. Przewidzenie, jakimi ścieżkami powędrowałby spaczony umysł dyktatora, jest niemożliwe. Historykowi wolno oczywiście spekulować, ale nie powinien podawać swoich spekulacji jako faktów.

Mit drugi - któż to mógł przewidzieć?

Pakt Ribbentrop-Mołotow był zupełnym zaskoczeniem, polscy przywódcy nie ponoszą więc żadnej odpowiedzialności za to, że nie potrafili go przewidzieć. "Żadne sprawdzone informacje o tajnym protokole nie dotarły do Warszawy. Nawet znając treść tajnych klauzul sowiecko-niemieckich, rząd polski nie mógłby już niczego zrobić. Jeżeli uznać, że polityka to sztuka osiągania tego, co możliwe, to Polska osiągnęła maksimum tego, co można było osiągnąć" - napisali Sławomir Dębski i Marek Kornat z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych ("Gazeta" z 21.08.2009). W rzeczywistości sygnały i głosy o możliwości sojuszu dwóch bezwzględnie dotąd wrogich reżimów totalitarnych, toczących ze sobą krwawą wojnę w Hiszpanii, było tyle, że polski minister spraw zagranicznych Józef Beck kompletnie je lekceważył.

W czerwcu 1939 r. o możliwym zbliżeniu niemiecko-radzieckim depeszował z Ankary ambasador Michał Sokolnicki. Ale najbardziej przenikliwą opinię wygłosił 6 kwietnia 1938 r. na naradzie w MSZ dyrektor departamentu radzieckiego Tadeusz Kobylański. Stwierdził, że Niemcy chcą "rozwiązać kwestię rosyjską" przy pomocy Polski, Węgier i Rumunii. "Gdyby nadzieje na to zawiodły, Berlin powróciłby do dawnej polityki polegającej na wspólnym z Rosją połknięciu Polski" - zapisał opinię dyrektora w swym diariuszu zastępca Becka Jan Szembek.

Prognozy Kobylańskiego sprawdziły się co do joty, ale Beck, zwany przez zachodnią prasę Mefistofelesem europejskiej polityki, w ogóle jego opinii nie brał pod uwagę. A przecież gdyby jej posłuchał, musiałby zrewidować nieszczęsną polską politykę wobec Czechosłowacji. Była to w istocie polityka, która niczym się nie różniła od tego, co robili wobec naszego kraju Niemcy - infiltracji i dywersji przy pomocy mniejszości narodowej. Już w 1934 r. polski wywiad zaczął organizować konspiracyjną organizację na Zaolziu. Przez całe następne lata polski rząd pracowicie dążył do rozbicia Czechosłowacji, którą uważano za twór sztuczny i niepotrzebny. Apogeum tej zgubnej dla Polski polityki było zajęcie Zaolzia po usankcjonowanym przez Anglię i Francję w układzie monachijskim zajęciu Sudetów przez Niemców w 1938 r.

"Trudno o dialog historyczny, kiedy nie uznamy państwa Stalina za mocarstwo agresywne, rewizjonistyczne, dążące do ekspansji i niegodzące się z terytorialnym status quo" - piszą Dębski i Kornat. Wszystko to prawda, tyle że niestety dokładnie to samo można napisać o polskim stosunku do Czechosłowacji. Jednym z głównych celów polityki Becka było rozczłonkowanie tego kraju, utworzenie niepodległej Słowacji pozostającej w polskiej strefie wpływów oraz uzyskanie wspólnej granicy z Węgrami poprzez przyznanie temu krajowi Rusi Zakarpackiej.

Ostatecznie plan się nawet udał, tyle że Słowacja stała się satelitą niemieckim, a nie polskim, a wspólna granica z Węgrami przydała się wyłącznie do ewakuacji polskiego wojska.

Mit trzeci - Polska jako niewinna ofiara

Trudno mówić o jakiejkolwiek polskiej odpowiedzialności za wybuch wojny. Ale nie zmienia to faktu, że polska polityka zagraniczna była katastrofalna. Kilka próbek możliwości intelektualnych elit polskiej dyplomacji warto tu zacytować.

"Czy nasze opinie o III Rzeszy nie ulegają zbyt silnym wpływom żydowskiej publicystyki? ( ) Żydzi mogą urabiać naszą opinię, jak chcą. ( ) My, Polacy, nie powinniśmy zapominać, że na czele Niemiec stoi dziś człowiek urodzony w Passau, który dzieciństwo swoje spędził nad Dunajem, a młodość w Wiedniu. Hitler powinien mieć dla nas tym większą wartość, że Prusacy są mu równie niesympatyczni" - pisał w maju 1933 r. ambasador Polski w Berlinie Alfred Wysocki.

Teorię, jakoby Hitler jako Austriak z pochodzenia nie będzie kontynuatorem polityki Prus, kultywowało bardzo wielu polskich polityków, łącznie z Beckiem. Zupełnie lekceważono program nazistów tak jasno wyłożony przecież przez Hitlera w "Mein Kampf". Niczego nie zmienia fakt, że podobnie działo się w Paryżu i Londynie - błędy popełnione przez innych nie mogą służyć jako usprawiedliwienie naszych.

Brak jest wiarygodnych dowodów na to, że Piłsudski serio proponował Francji przeprowadzenie prewencyjnej wojny z Niemcami w 1933 r., po objęciu rządów przez Hitlera. Ale gdyby Polska brała poważnie jego program, musiałaby dążyć do wybuchu wojny z Niemcami jak najszybciej, zanim przestawiony na tory wojenne przemysł zapewni im druzgocącą przewagę militarną. Najlepsza okazja była właśnie w 1938 r. ZSRR, związany z Czechami sojuszem, poprosił wówczas Polskę i Rumunię o pozwolenie na przejście Armii Czerwonej przez oba kraje (Rosjanie nie mieli wówczas wspólnej granicy z Czechosłowacją). Warszawa i Bukareszt odmówiły. Nie wiemy dziś, jakie były rzeczywiste intencje Moskwy, archiwa radzieckie nie dają jednoznacznej odpowiedzi, zresztą bez kontaktu z medium Stalina nie sposób tego ustalić. Ale nawet bez podejrzanej pomocy ze strony ZSRR wojna z Niemcami w sojuszu z Czechosłowacją, dysponującą wprawdzie słabszą liczebnie, ale lepiej od polskiej wyposażoną armią oraz fortyfikacjami w Sudetach, byłaby dużo korzystniejszym rozwiązaniem niż samotna obrona w 1939 r.

"Miraż mocarstwowości nie pozwolił dostrzec Beckowi, że los, który spotkał Czechosłowację, może stać się udziałem i Polski" - napisali zasłużeni historycy prof. Zbigniew Landau i prof. Jerzy Tomaszewski w znakomitej, wydanej w 2005 r., syntezie dziejów II RP.

Beck cieszył się tymczasem nie tylko z rozbioru Czechosłowacji. "Rosja została skutecznie wypchnięta z Europy, prawdopodobnie na długo" - mówił podwładnym w MSZ w listopadzie 1938 r., po rozbiorze sąsiada. W rzeczywistości wypychał się sam polski minister - z realnego świata w "rajską dziedzinę ułudy".

I jeszcze jedna próbka możliwości naszych ówczesnych sterników polityki zagranicznej. Kilka dni po zawarciu paktu Ribbentrop-Mołotow, 29 sierpnia 1939 r. ambasador Polski w ZSRR Wacław Grzybowski zapisał: "W rzeczywistości naszą sytuację podpisanie paktu znacznie odciążyło".

Takich dyplomatów miała Polska bardzo wielu.

Przywódcy Polski międzywojennej, zwłaszcza Beck i Rydz-Śmigły, zstąpili po klęsce wrześniowej do piekła historii. Trudno wyliczyć prawdziwe i wyimaginowane błędy i zbrodnie, które przypisywali im zarówno ludzie z obozu gen. Sikorskiego, jak i niektórzy historycy PRL. Dziś obserwuje się tendencję do rehabilitacji Becka. Z okazji rocznicy jego słynnego przemówienia wygłoszonego 5 maja 1939 r. ("My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę"...) tak zasłużeni ludzie jak byli ministrowie spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski i Adam D. Rotfeld zaapelowali o nazwanie imieniem Becka ulicy w Warszawie. Przyznam, że nie rozumiem tego apelu. Beck jest dla mnie symbolem nie tyle bohaterskiego oporu (wbrew własnym deklaracjom nie przywdział munduru i nie wyjechał na front), lecz błędnej i krótkowzrocznej polityki, wskutek której państwo polskie zostało unicestwione. Polityki narodowej tromtadracji i słomianej mocarstwowości, polityki, która jest zresztą sprzeczna z dzisiejszymi zasadami prawa i moralności międzynarodowej. Był Beck człowiekiem inteligentnym, uczciwym i w życiu prywatnym uroczym, ale nie za to w końcu czci się przywódców narodu.

Jaka jest dla narodu korzyść z polityka, który potrafi pięknie mówić o honorze, jeśli nie potrafi on prawidłowo ocenić sytuacji?

Co mówią Rosjanie i historycy zachodni

Opinię poważnych historyków rosyjskich na temat paktu Ribbentrop-Mołotow najlepiej oddaje wywiad szefa Instytutu Historii Powszechnej Rosyjskiej Akademii Nauk Aleksandra Czubariana dla rządowej "Rossijskiej Gaziety" (patrz na stronie www.rg.ru).

Czubarian nie jest żadnym stalinistą - przyznaje, że wewnętrzna polityka stalinizmu zasługuje na zrównanie jej z hitleryzmem. Wskazuje także na podstawową różnicę - większość ofiar nazizmu to członkowie innych nacji, a większość ofiar radzieckiego komunizmu to obywatele ZSRR.

- Przyczyną zawarcia paktu była chęć zabezpieczenia kraju, niewciągania go w wojnę - mówi Czubarian. - Jest i drugi punkt widzenia - to amoralny, bezprawny akt, w którym za plecami narodów rozstrzygano ich losy. To także prawda.

Zdaniem Czubariana pakt przyniósł ZSRR bardzo potrzebny mu czas, choć Stalin i tak źle go wykorzystał. Porównajmy teraz tezy rosyjskiego historyka z opiniami dwóch słynnych historyków zachodnich.

"Fakt, że rządy brytyjski i francuski nie dołożyły większych starań w celu zapewnienia sobie sojuszu z Rosją, słusznie był ostro krytykowany w owym czasie, a także później. Brak pośpiechu w negocjacjach potwierdzał jedynie podejrzenia Stalina, że prawdziwym celem było porozumienie z Niemcami, kolejne Monachium, które będzie można osiągnąć dzięki groźbie porozumienia z Rosją" - to cytat z biografii Hitlera i Stalina autorstwa jednego z najwybitniejszych brytyjskich historyków prof. Allana Bullocka.

Bullock pisze, że Stalin wybrał więc ofertę niemiecką przede wszystkim dlatego, że Niemcy zaoferowali mu coś, czego Anglia i Francja dać nie mogły - podział Europy Środkowej. A ZSRR stał przed realną groźbą wojny z Japonią, którą dopiero pakt Ribbentrop-Mołotow usunął.

"Według zasad japońskich Tokio zostało zdradzone i zniesławione przez swego sojusznika z paktu antykominternowskiego. Rząd japoński podał się do dymisji" - pisze Bullock. W Tokio zwyciężyła frakcja, która chciała pokoju z ZSRR i wojny z mocarstwami zachodnimi. Następstwem był zawarty w 1941 r. japońsko-radziecki pakt o nieagresji, który uchronił Rosję od wojny na dwa fronty.

George Kennan, bodaj najwybitniejszy amerykański dyplomata XX w., a zarazem świetny historyk (laureat Nagrody Pulitzera), tak pisał w niewydanej niestety w Polsce książce "Rosja i Zachód w czasach Lenina i Stalina": "Niemiecki atak na Polskę był kwestią dni. Dla Stalina przyszedł moment podjęcia decyzji. Japonia znowu zaczęła przygotowania. Czołgi, lotnictwo, artyleria i inny sprzęt wojenny stały na granicy z Mongolią. Brytyjscy i francuscy negocjatorzy, ciągle obecni w Moskwie, nie przywieźli nic. Jeśli Stalin odrzuciłby niemiecką ofertę, mógłby oczywiście zawrzeć jakiś układ z Wlk. Brytanią i Francją, bo nie pozwoliłby sobie na kompletną izolację w obliczu niemieckiego ataku na Polskę. Ale w takiej sytuacji trzeba było się liczyć z bezlitosną konfrontacją z Hitlerem, jeśli Wielka Brytania i Francja nie będą chciały związać sił niemieckich na Zachodzie. Rosja zostałaby postawiona przed perspektywą natychmiastowej wojny, do której była źle przygotowana, wojny na dwóch frontach - z Niemcami i Japonią. Co więcej, wojna toczyłaby się niebezpiecznie blisko dwóch najważniejszych miast - Leningradu i Moskwy. Z drugiej strony, jeśli zaakceptowałby ofertę Hitlera, nie tylko pozostałby z dala od wojny niemiecko-polskiej, ale także zdobyłby wielki obszar środkowej Europy. Dla Stalina wróbel w garści był lepszy niż kanarek na dachu".

Kennan wymienia przyczyny paktu - naturę Stalina, obawy o bezpieczeństwo na Dalekim Wschodzie, niechęć Polaków i Rumunów do wiązania się z ZSRR i niezdecydowaną, tchórzliwą politykę mocarstw zachodnich.

Warto dodać, że Kennan nie był sowietofilem. To architekt strategii powstrzymania komunizmu sformułowanej przez administrację Trumana w 1946. r. Miał także sporo sympatii dla Polski. W swej książce nie szczędzi gorzkich słów Zachodowi za jego postawę wobec Powstania Warszawskiego.

Opinie Kennana, Bullocka, a także innego wybitnego brytyjskiego historyka Richarda Overy'ego nie są bardzo dalekie od tego, co mówi Czubarian. Niestety, ich głosy są w Polsce pomijane.

Nie można traktować historii ahistorycznie, mierzyć ludzi działających w przeszłości dzisiejszą miarą. W oczach nie tylko polityków, ale także opinii publicznej wielkich mocarstw w XIX i pierwszej połowie XX w. dzielenie stref wpływów, tajne traktaty, decydowanie o losach innych narodów było zupełnie normalne, nie uchodziło za moralnie naganne, tak jak w XII w. za niemoralne nie uchodziły krucjaty, a w XVI w. palenie czarownic na stosie.

Reguły demokracji w życiu międzynarodowym się nie liczyły. Dotyczyło to także Polaków. Wystarczy przypomnieć, że w 1921 r. Polska po przegraniu plebiscytu na Górnym Śląsku wywołała trzecie powstanie śląskie, chcąc zbrojnie rozstrzygnąć to, czego nie udało się załatwić urną wyborczą. Mocarstwowe myślenie pokutowało bardzo długo. Wydawana w Londynie endecka gazeta wydrukowała w 1943 r. taki oto komentarz: "Samostanowienie to nie tylko możliwość decydowania o sobie, ale także otwarta droga do decydowania o losach innych".

Dopiero druga połowa XX w. zdemokratyzowała politykę zagraniczną. Dziś pojęcie "strefa wpływów" jest wyklęte, choć przecież nie zniknęło z realnej polityki.

Szanujmy historię

Jak pokazuje przykład prof. Czubariana, obrona paktu Ribbentrop-Mołotow nie musi koniecznie oznaczać usprawiedliwiania Katynia czy wywózek Polaków i Bałtów na Syberię. Osobiście uważam, że na podpisanie w sierpniu 1939 r. paktu z Hitlerem zdecydowałby się nie tylko Stalin, ale także znacznie bardziej umiarkowany rosyjski polityk. Nie ma natomiast i nie może być usprawiedliwienia dla popełnionych na Polakach po 17 września 1939 r. zbrodni, które wynikały z przestępczej natury stalinowskiego reżimu. Wszelkie próby uzasadniania ich przez rosyjskie czynniki oficjalne powinny się spotykać z polską reakcją. Ale nie narzucajmy innym naszej wizji historii, bo to bezcelowe.

W zakończeniu swej książki Landau i Tomaszewski apelują: "Nieraz zdarzało się w naszej historii, że gromki frazes oraz apoteozowanie wszelkiej narodowej tradycji służyły złej sprawie, miały stanowić zasłonę rzuconą na oczy społeczeństwa. Edukacja narodowa wymaga, aby społeczeństwo nie było karmione złudnymi wizjami przeszłości. Trzeba wydarzenia poznawać takimi, jakie naprawdę były lub są".

Skomentuj:
Jak Polacy i Rosjanie młócą historię
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX