W kajdankach nie mogłam się już bronić, kompletnie opadłam z sił. Wciągnęli mnie do samochodu. Pierwszy raz w życiu umierałam ze strachu - opowiada Ma Naing.
45-letnia Birmanka miała powody, żeby się bać. W Mae Sot, mieście położonym na zachodnich rubieżach Tajlandii, tuż przy granicy z Birmą, co kilka dni ktoś ginie bez śladu. To prawdziwy Dziki Zachód - tutaj z Birmy przemyca się heroinę, kamienie szlachetne, wartościowe drzewo tekowe. Ale głównie - ludzi uciekających ze zrujnowanego kraju rządzonego od prawie pół wieku przez klikę generałów.
Przygraniczne miasto i jego okolice zamieszkane są praktycznie wyłącznie przez zbiegów z Birmy. Jedni uciekali przed prześladowaniami, inni przymierali głodem i dlatego ryzykowali życie, by przedostać się na drugą stronę granicy. Teraz, jako nielegalni imigranci, ludzie praktycznie poza prawem, żyją w jednym ogromnym obozie pracy zasilającym tajską gospodarkę.
- Warunki w mojej fabryce nawet jak na Mae Sot były fatalne - wspomina Ma Naing. - 45 bhat (3,7 zł) dziennie (dzienna stawka minimalna w Tajlandii to 152 bhat), praca od ósmej rano do dziesiątej wieczorem, jeden dzień wolnego w miesiącu. Jeżeli było sporo zamówień, musieliśmy przy maszynach stać do rana. Ci, co nie dawali rady, mdleli.
Fabrykant wzywa wojsko W okolicy Mae Sot jest ponad 400 zarejestrowanych fabryk, w których produkowane są ubrania na
eksport do krajów zachodnich. - Drugie tyle działa nielegalnie - mówi Soe Lin Aung, pracownik fundacji MAP badającej sytuację robotników. - To właśnie w nich pracuje od 200 do 300 tysięcy nielegalnych imigrantów z Birmy.
Nie mają żadnych szans na wydostanie się z Mae Sot, bo na wszystkich drogach wiodących w głąb Tajlandii ustawione są checkpointy tajskiej armii. Mają za to szansę zginąć, często w makabrycznych okolicznościach.
W 2003 r. w bambusowym lesie pod Mae Sot zastrzelono sześciu robotników, a ich ciała spalono na stosie opon. To właśnie w stronę tego lasku zmierzał
samochód z zakutą Ma Naing.
Tamtego dnia 40 robotników z jej fabryki zażądało podwyżki płac i zorganizowało strajk okupacyjny. Właściciel wezwał tajskich żołnierzy, którzy szybko i bez pardonu wyrzucili strajkujących za bramę.
Ma Naing znalazła się między młotem a kowadłem. - Wśród strajkujących był mój mąż, ale jako nadzorca nie mogłam do niego dołączyć. Szef i tak podejrzewał, że jestem ze strajkującymi w zmowie. Uciekłam na rowerze w stronę miasta. Nagle wyprzedziły mnie dwa motocykle, a za mną pojawił się samochód z moimi kierownikami. Strącili mnie z roweru, wykręcili ręce i zaczęli bić. Potem wciągnęli do auta.
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ktoś zobaczył szarpaninę i zadzwonił do organizacji Świt broniącej birmańskich pracowników. Oni skontaktowali się z policją, która odratowała Ma Naing.
Bezpieczny Dom - Takie wypadki to chleb powszedni w tym mieście - mówi Moe Swe, który w latach 90. był partyzantem, walczył w birmańskiej dżungli przeciwko juncie. Potem uciekł na drugą stronę granicy i teraz walczy, choć już bez karabinu, o poprawę losu swoich rodaków w Mae Sot.
- Robotnicy zwykle mieszkają w fabrykach, więc wyrzuceni z pracy nie mają gdzie się podziać. - opowiada Moe tubalnym głosem, odpalając papierosa od papierosa. - Wcześniej często po prostu nocowali za bramą zakładu, z którego zostali zwolnieni, gdzie prawie zawsze byli bici przez lokalnych gangsterów, a kobiety brutalnie gwałcone. Dlatego dziesięć lat temu zaczęliśmy od zbudowania Bezpiecznego Domu, miejsca, w którym mogą przeczekać do świtu.
46-letni Moe doskonale wie, co znaczy bać się o własne życie. W 2004 r. właściciel jednej z fabryk zirytowany działalnością Świtu wynajął płatnego mordercę. Cena za jego głowę wynosiła 2,5 tys. dol. - Dwa razy cudem uniknąłem zabójstwa, ale narobiliśmy koło sprawy takiego dymu, że w końcu to ja jestem żywy i działam, a nieuczciwy fabrykant musiał uciekać stąd gdzie pieprz rośnie! - dodaje i odbiera już chyba dziesiąty telefon w czasie naszej godzinnej rozmowy.
Jest bardzo zajęty, ale to nic dziwnego - Świt to prężna organizacja, która w ciągu dziesięciu lat wygrała w sądach w imieniu gnębionych pracowników ponad dziesięć milionów bhatów (850 tys. zł). Robi to co "Solidarność" w latach 80. w Polsce: - Tłumaczymy robotnikom ich prawa, mamy zajęcia z praw człowieka, ale też zajęcia z szycia, żeby mogli podnosić kwalifikacje zawodowe.
Żeby nie musiała harować 21-letni Lain Lain, w Mae Sot zaledwie od czterech miesięcy, tłumaczy, jak wygląda miesięczny
budżet niewolnika tutejszych fabryk. - Zarabiam 50 bhat za dzień, a że pracuję bez przerwy, na koniec miesiąca mam około 1,5 tys. bhat (126 zł). Od tego muszę zapłacić fabryce czynsz w wysokości 200 bhat, za ryż 300 bhat i za "protekcję" (łapówkę dla policji) kolejnych 300 bhat. Zostaje mi 700 bhat.
Pomimo piekła, które tu zastał, Lain Lain nigdzie się nie wybiera. - Przyjechałem, żeby odłożyć na wykształcenie najmłodszej siostry. Żeby nie musiała przez całe życie harować tak jak ja i reszta rodzeństwa - mówi ze smutkiem w oczach. Sam zaczął pracę, gdy zmarł ojciec. Miał wtedy dziewięć lat, musiał rzucić szkołę i pomóc matce na roli.
Chin Lain, 20-letnia żona Lain Laina, przyjechała do Mae Sot jako dziecko, siedem lat temu. - Na początku wszyscy mieszkaliśmy w fabryce, cztery osoby musiały się zmieścić na szerokości półtora metra. I tak po sto, dwieście osób w hali. Brak prywatności. Mycie się na zewnątrz, za fabryką razem. Jedzenie razem. Spanie razem. Często wybuchały kłótnie, awantury, zdarzały się kradzieże - opowiada, wieszając ubrania na lince. - Oprócz mnie w fabryce pracowało jeszcze kilkoro dzieci. Nie mieliśmy niczego, co mają nasi tajscy rówieśnicy: telewizora, piłki, lalek. Po pracy musiałam gotować albo prać. Naszą jedyną rozrywką była gra w chowanego na dachu. Ale i na to rzadko starczało nam sił.
Na oponie przez granicę 27-letni Pi San opowiada o tym, jak przedostał się do Tajlandii: - Żebym mógł się tu przebić, musiałem z rodziną odłożyć 20 dolarów, ale dla nas była to nieosiągalna fortuna, więc część pieniędzy pożyczyliśmy u lichwiarza. Wyruszyłem w drogę. Do granicy jechałem dwa i pół dnia. Przejeżdżając przez każdy z czterech wojskowych checkpointów, płaciłem 500 kyat (pół dolara) łapówki. Do tego bilety autobusowe. A i za dojście do granicznej rzeki Moei - znów 500 kyat.
Nad rzeką, jeszcze po birmańskiej stronie, spotkał zawodowego przemytnika, który za kolejne 500 kyat obiecywał przeprawić go na oponie na drugi brzeg. - Wszystko dzieje się w biały dzień, pod okiem straży granicznej - wspomina Pi San. - Mała przystań z oponami na brzegu jest doskonale widoczna. Tak samo lina przeciągnięta przez rzekę, wzdłuż której ciągnięte są
opony z ludźmi. Nikt nas nie zatrzymywał. Straż graniczna wszystko doskonale widziała
Po niedawnym wyroku skazującym liderkę birmańskiej opozycji Aung San Suu Kyi na kolejne półtora roku aresztu domowego Tajlandia potępiła generałów, ale od lat prowadzi podwójną grę. Obrona Suu Kyi nie przeszkadza rządowi w Bangkoku wykorzystywać uciekinierów jako tanią siłę roboczą.
Ma Naing uśmiecha się, gdy pytam, czy chciałaby kiedyś wrócić do ojczyzny. - No pewnie! - mówi. - Tyle że teraz Aung San Suu Kyi jest znowu w areszcie, a setki działaczy opozycyjnych w więzieniach. W Birmie jeszcze długo nic się nie zmieni. Co gorsza przez 20 lat, które spędziłam w Mae Sot, tutaj również nic się tutaj nie zmieniło. Jest tylko więcej fabryk wykorzystujących coraz więcej ludzi uciekających od pewnej śmierci po drugiej stronie rzeki.