Wielka reforma ma mieć dwa cele - objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym 45 mln Amerykanów, którzy dziś żadnego ubezpieczenia nie mają, oraz obniżenie kosztów takich ubezpieczeń (dziś rosnących w tempie nawet 10 proc. rocznie). Jednym z głównych pomysłów na to miało być wprowadzenie potężnego ubezpieczyciela publicznego, zarządzanego przez państwo. Miałby on rywalizować z firmami prywatnymi i zmuszać je do ograniczania kosztów i składek.
Jednak przeciwnicy reformy twierdzą, że państwowy ubezpieczyciel psułby rynek i w efekcie mógłby go zmonopolizować lub doprowadzić do pogorszenia ogólnej jakości usług medycznych.
Burzliwe wiece w początkach sierpnia, na których wyzywanie Obamy od faszystów i komunistów było na porządku dziennym, pokazały, że spora część Amerykanów z tymi argumentami się zgadza. Podczas weekendu prezydent, choć nadal bronił sensowności swej propozycji, powoli zaczął się z niej wycofywać. - Powołanie ubezpieczyciela publicznego to nie podstawa reformy służby zdrowia - mówił na wiecu w Kolorado. - To tylko jeden z aspektów tej reformy.
Sekretarz zdrowia Kathleen Sebelius dodała nawet, że "ubezpieczyciel państwowy nie jest ważnym elementem planu".
W ostatnich dniach - tuż przed wakacjami, na które udaje się już w piątek - prezydent bronił reformy systemu zdrowotnego codziennie. Z różnym skutkiem. W dużej mierze Białemu Domowi udało się np. wytłumaczyć rolę planowanych zespołów etycznych, które miałyby doradzać, jakie działania medyczne są sensowne w ostatnich stadiach chorób. Opozycja oskarżała Obamę, że mają to być "panele śmierci", które zdecydują o życiu i śmierci ludzi starych i nieuleczalnie chorych. Prezydentowi udało się wyjaśnić, że chodzi o ciała doradcze, a decyzje będą podejmować - tak jak dzisiaj - chorzy i ich rodziny.
Inaczej jest z obietnicą Obamy, że każdy, kto chce (a chcą tego dziesiątki milionów ludzi), będzie mógł pozostać przy swym dotychczasowym ubezpieczeniu. Coraz więcej ekspertów dowodzi, że ta obietnica jest po prostu sprzeczna z projektem Obamy.
W niedzielę prezydent napisał w komentarzu w "New York Timesie": "W najbliższych tygodniach cynicy i obstrukcjoniści będą nadal wykorzystywać strach, by zyskać punkty polityczne. Ale tak naprawdę groźne jest tylko jedno - perspektywa, że nie zrobimy nic".
Z tym, że z systemem opieki zdrowotnej coś zrobić trzeba, zgadza się większość Amerykanów. Ale jednocześnie większość nie wierzy, że problem rozwiąże duże zaangażowanie rządu.
CNN pokazywała w ostatnich dniach Sonję McDonald z Montany, której właśnie wyrwano ząb, bo oszczędzając przez dwa lata, nie leczyła go u dentysty. McDonald, mężatka z dwójką dzieci, nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, więc powinna być naturalną zwolenniczką planu Obamy. Tymczasem Sonja mówi: - Tak, mamy kryzys systemu zdrowia. Ale czy ma się tym zająć rząd? Nie, bo w cokolwiek rząd wkłada ręce, przynosi to odwrotne skutki...
Obama, jeśli rzeczywiście wycofa się z pomysłu utworzenia państwowego ubezpieczyciela, zyska dla okrojonej reformy poparcie centrowych Demokratów, a nawet części Republikanów. Ale jednocześnie zrazi do siebie lewicowe skrzydło własnej partii. Wielu przedstawicieli tego skrzydła, tak jak np. były kandydat na prezydenta Howard Dean, uważa, że reforma bez powołania państwowego ubezpieczyciela nie ma sensu. Znany strateg Demokratów James Carville mówi nawet: - W takim razie już lepiej pozwolić Republikanom zabić tę reformę. Oni będą wówczas partią ciągłego negowania i opinia publiczna zwróci się przeciw nim.
I Obama, i Republikanie tańczą na niezwykle cienkiej linie, jednak ten taniec na razie lepiej wychodzi opozycji. Sondaże pokazują, że coraz więcej wyborców środka popiera Republikanów, m.in. właśnie z powodu sprzeciwu wobec planów Obamy w kwestii służby zdrowia.
15 lat temu nieudana próba takiej reformy w wykonaniu Billa Clintona zakończyła się wielką przegraną Demokratów w wyborach parlamentarnych. Obama za wszelką cenę chce uniknąć takiego losu w wyborach w 2010 r. Dlatego naciska na Kongres, by ten przegłosował reformę już na jesieni i by ustawa o zdrowiu powstała do 15 września. Demokratyczny senator Kent Conrad odpowiedział mu obcesowo: - Będziemy gotowi wtedy, gdy będziemy gotowi.
Popularność samego Obamy po siedmiu miesiącach jest dość niska, ale nie najgorsza - popiera go 53 proc. Amerykanów. Jednak kwestia reformy zdrowia - jak twierdzi witryna Politico.com - "zakończyła w Ameryce okres Obamamanii".
Tej jesieni w USA odbędą się jedynie dwa ważne wyścigi wyborcze - na gubernatorów Wirginii i New Jersey. W obu stanach rok temu Obama wygrał w cuglach, ale teraz, choć wspiera Demokratów, prowadzą tam wyraźnie kandydaci Republikanów. Co gorsza, dużo więcej jest wyborców (37 proc.) mówiących, że będą głosować przeciw kandydatowi Obamy, niż tych (23 proc.), którzy widzą w poparciu prezydenta plus.
Tim Pawlenty, gubernator Minnesoty i jeden z potencjalnych kandydatów Republikanów na prezydenta w 2012 roku, kpi: - Obama ma wielkie osiągnięcia w kwestii zmian klimatu. Zmienił klimat w USA z powrotem na sprzyjający Republikanom.