Zredukujemy liczbę wykonywanych egzekucji do skrajnie niskiej - zapowiedział wiceprezes najwyższego sądu ludowego Zhang Yun. Nie wiadomo, co to w praktyce oznacza w kraju, który co roku wykonuje blisko 2 tys. kar śmierci.
Fot. Elizabeth Dalziel AP
Pekin
Zhang w wywiadzie dla chińskiego "Dziennika Prawnego" stwierdził, że łagodzenie polityki karnej ma iść kilkoma ścieżkami. Sędziowie mogą np. orzekać karę śmierci w zawieszeniu na dwa lata, co w praktyce oznacza dożywocie, a skazany ma szansę wyjść na wolność po 20 latach za dobre sprawowanie.
Na łagodniejszy wyrok mogą liczyć też ci, którzy przyznali się do winy, zapłacili rodzinie ofiary odszkodowanie i uzyskali od niej przebaczenie.
Choć sam Zhang należy do grupy prawników przeciwnych karze śmierci, to nie widzi możliwości jej szybkiego zniesienia. - Przez ostatnie 5 tys. lat Chińczycy przywykli do stosowania zasady "oko za oko, ząb za ząb" - tłumaczył wiceprezes Zhang.
Na Chiny przypada 80 proc. orzekanych i wykonywanych kar śmierci na świecie. Oficjalne dane są tajne, ale Amnesty International na podstawie kompilacji różnych źródeł, m.in. lokalnych mediów chińskich, ocenia, że w 2008 r. w Państwie Środka było 1718 egzekucji. Dla porównania w USA stracono w zeszłym roku 37 skazanych.
Obecnie w Chinach można dostać wyrok śmierci aż za 68 rodzajów przestępstw, również gospodarczych. Nie tylko dlatego wprowadzenie w życie zaleceń najwyższego sądu ludowego może nie być łatwe. Nie ma wpływu na lokalne sądy, które obsadzają władze lokalne i uważają je za jeden z instrumentów swojej polityki, nierzadko wpływając na wyroki.
Sytuacja i tak poprawiła się dwa lata temu, gdy wszystkie wyroki śmierci zaczęły podlegać obowiązkowej apelacji w pekińskim najwyższym sądzie ludowym. Już po roku - jak twierdzą chińskie władze - liczba egzekucji spadła o 15 proc. z powodu wykrycia błędów proceduralnych w pierwszej instancji.