100 tys. chorych na świńską grypę w Wielkiej Brytanii

Jacek Pawlicki, AFP
29.07.2009 , aktualizacja: 28.07.2009 19:09
A A A Drukuj
W samej tylko Anglii na świńską grypę choruje 100 tys. ludzi. W Wielkiej Brytanii, którą najmocniej w Europie dotknęła epidemia wirusa H1N1, paniki jeszcze nie ma, ale sytuacja jest poważna. Najczarniejszy scenariusz to 750 tys. ofiar
Plakat ostrzegający przed świńską grypą przy wejściu do jednego z londyńskich szpitali
Fot. TOBY MELVILLE REUTERS
Plakat ostrzegający przed świńską grypą przy wejściu do jednego z londyńskich szpitali
- W Londynie paniki nie widać, choć media sieją sporo strachu. Brukowiec "Daily Star" ogłosił, że najwyższy czas panikować, ale maseczki ochronne noszą tylko turyści z Hiszpanii i Włoch - mówi Adam Skorupiński z "Gońca Polskiego" w Londynie. - Anglicy zachowują zimną krew.

Od odkrycia w marcu w Meksyku świńska grypa zabiła na świecie 816 osób, a w Europie dotknęła właśnie najbardziej Wyspy Brytyjskie. W zeszłym tygodniu wirusa H1N1 wywołującego tę chorobę potwierdzono u 100 tys. osób w samej tylko Anglii. Na świńską grypę na Wyspach zmarło dotąd ok. 30 osób.

Choć u większości nowa grypa przechodzi po kilku dniach wysokiej temperatury, bólów krzyża, mięśni oraz kataru i kaszlu, to w szpitalach jest 840 zarażonych, z czego 63 w stanie krytycznym. Najwięcej zachorowań odnotowano w leżącej na wschodzie Londynu gminie Mile End. Tam lek przeciwko świńskiej grypie - Tamilflu - zniknął z aptek i wydawany jest ponad 400 osobom dziennie za pośrednictwem centrum dystrybucji, którego adres jest tajny.

Choć paniki nie ma, Brytyjczycy żyją wiadomościami o świńskiej grypie. Kiedy w zeszły czwartek rząd uruchomił stronę internetową poświęconą epidemii - The National Flu Pandemic Website - w ciągu dwóch godzin weszło nań 9,3 mln ludzi.

Czytając gazety i oglądając telewizje, ma się wrażenie, że na pierwszej linii frontu wojny z wirusem jest Londyn, a rząd kreśli coraz to czarniejsze scenariusze na wypadek pandemii. W tym najczarniejszym sprzed wielu miesięcy przewiduje, że ofiar pandemii może być nawet 750 tys.

Zdaniem "The Times", gdy liczba zachorowań dramatycznie wzrośnie, premier Gordon Brown skorzysta z klauzuli w umowie z BBC i zmusi tę korporację do zmian programów. Bo jeśli we wrześniu - o czym w Londynie się plotkuje - zamknięte zostaną szkoły, nauka ma być prowadzona za pośrednictwem internetu i lekcji nadawanych przez BBC.

"Guardian" pisze zaś, że pracodawcy mogą spodziewać się lawiny pozwów od pracowników, którzy złapali grypę w miejscu pracy. Według eksperta od prawa pracy Caroline Doran pracodawcy już powinni zabezpieczać się przed pozwami, chroniąc osoby najbardziej narażone na złapanie wirusa, np. ciężarne.

Zdaniem Brytyjskiej Izby Handlowej, jeśli obecny wysoki trend zachorowań się utrzyma, do końca sierpnia na zwolnienie pójdzie co ósmy pracownik. John Wright z Federacji Małego Biznesu wieszczy, że PKB może zmniejszyć się z tego powodu o 5 proc.

Wczoraj za sprawą Izby Lordów temat grypy wkroczył do polityki. Lordowska komisja nauki i technologii przedstawiła raport krytykujący rząd za niedostateczne przygotowania do odparcia epidemii. Zdaniem komisji centrum kryzysowe National Pandemic Flu Service, które zaczęło działać w zeszły czwartek, powinno było powstać wcześniej. Co gorsza pełną parą centrum zacznie działać dopiero jesienią.

O tym, że służba zdrowia - National Health Service (NHS) - może sobie nie poradzić z pandemią, przekonała się 26-letnia Sharon Pentelton. Będąca w szóstym miesiącu ciąży i cierpiąca nie tylko na świńską grypę, ale i ciężki syndrom zaburzeń oddychania kobieta została przewieziona do szpitala w Sztokholmie, gdzie lekarze walczą o jej życie. Pięć łóżek ze specjalistycznymi respiratorami na jej oddziale w szpitalu Leicester zajmowali inni pacjenci z podobnymi schorzeniami.

Tabloidy straszą, że kiedy jesienią liczba zachorowań dramatycznie wzrośnie lekarze będą musieli wybierać pacjentów, których będą w stanie uratować i odmawiać pomocy innym. Według ujawnionego właśnie projektu ministerstwa zdrowia system selekcji zostanie wprowadzony, kiedy liczba zarażonych sięgnie połowy populacji. Wówczas to na 6,6 tys. pacjentów z zagrożeniem życia ma przypadać tylko 4 tys. łóżek na oddziałach intensywnej terapii.

Wtedy lekarze będą zmuszeni wybierać bardziej rokujących na wyzdrowienie, a więc młodszych i niecierpiących na choroby przewlekle bądź nieuleczalne. - Wątpię, czy liczba zarażonych sięgnie choćby 50 proc. populacji, ale służba zdrowia będzie miała wielkie problemy, jeśli będzie to 25 proc. - uważa Tony Calland ze zrzeszenia lekarzy.

Na razie rząd rzucił na rynek ogromne ilości antygrypowego leku Tamilflu, który jest dystrybuowany w ponad tysiącu miejsc. Część lekarzy ostrzega, że przepisywanie go w nadmiernych ilościach może sprawić, że wirus uodporni się na ten środek.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów