Głębokie to niewielkie, 20-tysięczne miasto w północno-wschodniej części Białorusi. Większość mieszkańców to Białorusini, Polacy stanowią tu zaledwie 5 proc. mieszkańców.
Od kilku dni miasto jest w centrum zainteresowania mediów. Jednak dla samych mieszkańców piwnice soboru to nadal tajemnica. - Znaleziono jakieś ciała? - z zdziwieniem pyta mnie mieszkająca 400 metrów od cerkwi Anna Martynouskaja. - Nic o tym nie słyszałam.
Białoruskie media państwowe informacji o znalezieniu szczątków pomordowanych nie podają, na takie tematy się tu nie plotkuje, więc miasto nadal spokojnie żyje swoim codziennym życiem.
Ale na placu 17 Września, który w czasach II Rzeczypospolitej nazywał się placem 3 Maja, wrze. Obok komisariatu stoją
samochody z mińską rejestracją. Do Głębokiego przyjechał prokurator obwodu witebskiego Gienadź Dyska. Proboszcz soboru Narodzenia Najświętszej Bogurodzicy ojciec Siarhiej Gramyka ma pełne ręce roboty. Jest oblegany przez przedstawicieli organów władzy i media. Rozmawiamy na placu przed soborem.
- W piwnicy pod schodami znajdowało się zamurowane przejście. Kiedy je otworzyliśmy, trafiliśmy na pokój. Tam zobaczyliśmy kości i czaszki - opowiada ojciec Siarhiej. To właśnie proboszcz złożył na milicji zawiadomienie o znalezieniu szczątków.
Nie podoba mu się, że w Polsce sądzą, że to ofiary NKWD. - Nie wiadomo, kto to jest. Łuski od broni znaleziono nie obok ciał, ale w innych miejscach. Owszem, te łuski znaleziono w piwnicy, ale nie w tym miejscu, gdzie ciała - mówi. Duchowny podkreśla, że fakt znalezienia opakowania po polskich papierosach nie przesądza o czasie śmierci tych ludzi i wspomina, że w czasie wojny w budynku obok stacjonowali Niemcy, którzy mogą odpowiadać za mord.
Naszą rozmowę przerywa pojawienie się grupy śledczej z prokuratorem obwodu witebskiego na czele. Ojciec Gramyka prowadzi śledczych do cerkwi. Za nimi do piwnicy wchodzą ubrani w maski przeciwgazowe i kombinezony eksperci od badania miejsc zbrodni.
Kim byli zabici i zamurowani w pokoju ludzie? Co do tego nie ma jednego punktu widzenia. Niezależni białoruscy historycy uważają, że to ofiary NKWD, prokuratura - że ofiary nazistów.
Miejscowy historyk Uładzimir Skrabatun, pokazując nam plac 17 Września, opowiada, że we wrześniu 1939 r. oddziały Armii Czerwonej stoczyły tu kilka potyczek z żołnierzami polskimi. Miejscowi chętnie opowiadają o polskim oficerze Pałczyńskim, który sam jeden uzbrojony w karabin maszynowy do końca bronił strażnicy KOP-u, zabijając kilkudziesięciu czerwonoarmistów.
Sowiecki oficer, oglądając ciało zabitego w walce Polaka, miał powiedzieć do swoich żołnierzy: - Oto jak należy walczyć z wrogiem.
- Ludzie wspominali, że obok soboru bronił się jakiś Polak. Podobno zginął - mówi Skrabatun. Według niego w czasach II RP w budynku znajdującym się tuż obok soboru i połączonym z nim podziemiami znajdowało się starostwo. - Dlatego uważam, że w piwnicy soboru mogą być pogrzebani urzędnicy, których zabijano od razu w pierwszych dniach po wejściu Armii Czerwonej - mówi historyk.
Udało się nam znaleźć mieszkańców Głębokiego, którzy pamiętają te czasy. - Jak przyszły te diabły czerwone, to były straszne czasy. Tak, Polaków mordowano - wspomina 80-letni Polak Piotr Wierciński. Wśród zabitych przez Sowietów jest jego stryjeczny brat Ferdynand Wierciński, który był urzędnikiem w starostwie.
Ferdynand Wierciński był przetrzymywany w więzieniu NKWD w Berezweczu (wówczas była to oddzielna miejscowość, dziś w granicach Głębokiego i do teraz znajduje się tam więzienie). Tam też urzędnik Wierciński został zabity.
85-letnia Helena Sinica, która przed wojną mieszkała w okolicach Głębokiego, wspomina, że w 1941 r. Niemcy, zajmując te tereny, zezwolili mieszkańcom zobaczyć więzienie NKWD. - Tam byli pomordowani Polacy. Widziałam ciała, niektórych torturowano. Nigdy tego widoku nie zapomnę - mówi.
- Bolszewicy tyle zła wyrządzili. Do dziś nie wiemy, kto kogo i gdzie zabił. I pewnie tak już zostanie - żali się pan Piotr Wierciński.