Polscy dyplomaci na Białorusi słusznie domagają się, by tamtejsza prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie zwłok Polaków znalezionych w piwnicy cerkwi na Witebszczyźnie. Wszystko wskazuje na to, że ofiary zamordowało w 1940 r. NKWD. To był czas likwidacji polskiej inteligencji, urzędników, wojskowych i policjantów na dawnych Kresach w ramach rozkazu Stalina i członków Biura Politycznego WKP(b) z wiosny 1940 r. To na podstawie tego rozkazu enkawudziści zamordowali ok. 20 tys. Polaków - więźniów Katynia, Ostaszkowa, Starobielska i innych miejsc kaźni w Rosji oraz na Białorusi i Ukrainie.
Białoruś jest jedynym krajem b. ZSRR, który nie udzielił dotąd Polsce żadnej pomocy w ustaleniu, czy na jej terytorium byli mordowani ludzie z tzw. listy katyńskiej. Rosja przyznała na przełomie lat 80. i 90., że zbrodni dokonało NKWD, i ujawniła sporo dokumentów w tej sprawie. Przeprowadzono także ekshumację i przez wiele lat tamtejsza prokuratura wojskowa prowadziła śledztwo. Mimo zaostrzenia politycznego - już za prezydentury Putina - otwarto cmentarz polskich oficerów w Katyniu, a wcześniej w Twerze.
Podobny cmentarz jest pod Charkowem na Ukrainie. Polscy i ukraińscy archiwiści znakomicie współpracują, by ustalić, ile osób z listy katyńskiej NKWD zamordowało na Ukrainie i gdzie. Wiadomo, że część z nich rozstrzelano w podkijowskiej Bykowni, jest hipoteza o grobach w Chersoniu i egzekucjach na zachodniej Ukrainie.
W przypadku Białorusi jednym z możliwych miejsc kaźni Polaków są Kuropaty pod Mińskiem, ale odkąd 15 lat temu prezydentem został Aleksander Łukaszenka, białoruskie instytucje państwowe nie wykonały żadnego ruchu, by to sprawdzić czy choćby umożliwić dostęp do dokumentów.
I nie wynika to wcale ze szczególnej niechęci Łukaszenki do Polaków, ale z ideologii jego dyktatury, której Białorusini muszą się uczyć jako przedmiotu w szkołach. Opiera się ona bowiem na całkowitej gloryfikacji czasów radzieckich. W tej wizji historii nie ma miejsca na NKWD robiące coś złego. Brzmi to niewiarygodnie, ale pod względem świadomości historycznej na początku XXI w. oficjalna Białoruś tkwi w stalinizmie. Nieprzypadkowo białoruskie służby specjalne do dziś noszą z dumą nazwę KGB, a ich patronem jest Feliks Dzierżyński.
Na szczęście nawet na autorytarnej Białorusi jest internet, pracują niezależni historycy jak Igar Kuźniacou z białoruskiego oddziału stowarzyszenia Memoriał, który nie pozostawia wątpliwości, że w Głębokiem leżą Polacy zamordowani jeszcze przed nadejściem Niemców. Kuźniacou wykłada na Białoruskim Uniwersytecie Państwowym, co pokazuje, że w systemie stworzonym przez Łukaszenkę są luki. I tego trzeba się trzymać, opierać się na ludziach, dla których prawda historyczna jest większą wartością niż konformizm czy polityczny cynizm.
Na białoruskie władze trzeba zaś delikatnie naciskać, by chociaż po cichu przyzwoliły na zbadanie grobów w Głębokiem i innych miejsc, gdzie mogą być pochowani Polacy - ofiary NKWD.
Nie mam złudzeń, że Łukaszenka nagle zrezygnuje z sowieckiej wizji historii. Ale może przynajmniej przymknie oko na badania historyków.
Warto, by były one wspólne, polsko-białoruskie, by pomóc Białorusinom udokumentować los ich ofiar stalinizmu. Doświadczenie pozostałych miejsc kaźni NKWD w b. ZSRR - Katynia, Charkowa, Bykowni - pokazuje, że oprócz Polaków stalinowski aparat represji latami mordował tam Białorusinów, Ukraińców, Rosjan, Żydów. Okazanie wrażliwości na cierpienia innych pozwoli zdobyć sympatię przeciętnych Białorusinów dla polskich starań o ujawnienie białych plam historii. Budujące jest to, że prawdy o zwłokach w Głębokiem chce prawosławny proboszcz, który nagłośnił makabryczne znalezisko.
Warto nie zepsuć tego kapitału sympatii dla Polski. Nasi dyplomaci powinni więc wykazać stanowczość, ale zarazem takt, dyskrecję i spokój. A wtedy będzie szansa na to, że Łukaszenka uzna sprawę Głębokiego za okazję do zrobienia gestu wobec Zachodu.