Obama poświęcił tej sprawie w środę wieczór (czwartek nad ranem w Polsce) większość specjalnej konferencji prasowej. Było to jego dziesiąte wystąpienie na ten temat w ostatnich dziewięciu dniach. - Amerykanie nie mogą już na reformę dłużej czekać - podkreślał Obama. - Nie pozwólmy robić z tego gierek politycznych!
Rzeczywiście, bez ubezpieczenia jest dziś 46 na 307 mln mieszkańców USA. Z drugiej strony koszty ubezpieczenia rosną w zastraszającym tempie - od 2000 r. o mniej więcej 50 proc. To obciąża coraz mocniej budżety rodzin, ale przede wszystkim firm, bo to one ubezpieczają dziś 180 mln Amerykanów. A także budżet państwa, bo to on płaci (lub dopłaca) za leczenie większości emerytów, inwalidów, najbiedniejszych rodzin i dzieci.
Co do tego, że reformę trzeba przeprowadzić, oraz że ma ona zmniejszyć koszty i objąć ubezpieczeniem jak największą część z tych 46 mln osób, zgadzają się w USA prawie wszyscy. Co do tego, jak to zrobić, zgody absolutnie nie ma.
Na próbie reformy służby zdrowia 15 lat temu poległ poprzedni demokratyczny prezydent Bill Clinton. Jego rząd przez ponad rok przygotowywał projekt zmian pod kierownictwem jego żony Hillary Clinton. Gdy ona go w końcu zaprezentowała, liczył tysiąc stron, był skomplikowany i szybko stał się niepopularny jako "narzucony z góry". Reforma upadła. Ale od tego czasu problemy systemu zdrowotnego tylko się zwielokrotniły, zwłaszcza że coraz większe kłopoty zdrowotne ma najliczniejsze w USA pokolenie boomu powojennego, urodzone w latach 40. i 50.
Obama chce powtórzyć główną zasadę planu Clinton sprzed 15 lat - wprowadzenie obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego dla wszystkich (tak jak np. ubezpieczenia samochodu), a tym, których na to nie stać, pomagać ma państwo. Jednak Obama obrał zupełnie inną taktykę - nie ma gotowego planu, jego szczegóły wypracowuje Kongres. To pozwala mu unikać do pewnego stopnia zarzutów, że coś narzuca, z drugiej strony naraża się na oskarżenia, że właściwie nie wiadomo, jakiego systemu Obama dokładnie chce.
2,2 biliona dolarów
Tyle wyniosły łączne koszty wydatków na zdrowie w USA w 2007 r. Było to 16,2 proc. amerykańskiego PKB
Obama wyznaczył termin zakończenia prac na zrębami ustawy na 7 sierpnia, gdy kongresmani idą na wakacje. Potem zostaną naniesione poprawki, by we wrześniu przeprowadzić głosowania w Kongresie. Obama miałby podpisać ustawę w październiku.
Ten ambitny plan jest jednak bardzo zagrożony. W środowym wystąpieniu Obama znów podkreślał cele, ale nie - jak do nich dojść. - Obama chce ludziom coś sprzedać, ale nie ma co, bo nie ma planu. A ludzie czekają na przywódcę, który powie, co robimy, a nie: wzywam Kongres do przyspieszenia prac - komentował David Gergen z CNN, z reguły przychylny prezydentowi.
Ostatni miesiąc przyniósł pewien spadek notowań Obamy, ale jest on szczególnie wyraźny w kwestii reformy zdrowia. Według różnych badań to, jak prezydent ją przygotowuje, podoba się tylko 35-47 proc. rodaków.
Przed Obamą piętrzą się problemy, a głównym są koszty. Biuro Budżetowe Kongresu, niezależne ciało podobne do naszego NIK, ale o większym autorytecie, po analizie wstępnych zarysów reformy stwierdziło, że nie tylko nie ograniczy ona kosztów, ale spowoduje zwiększenie i tak gigantycznego deficytu o ponad bilion dolarów. Wczoraj Obama bronił się, mówiąc: - Ręczę, że nasza reforma nie rozbuduje deficytu.
Coraz więcej jest też krytyków proponowanego przez większość demokratów rozwiązania, by rząd powołał swą własną firmę ubezpieczeniową, która konkurowałaby z ubezpieczalniami prywatnymi. Zdaniem Obamy to powodowałoby spadek cen ubezpieczeń. Republikanie twierdzą, że wspomagana przez państwo firma wykosiłaby z rynku konkurencję i spowodowała spadek jakości usług medycznych.
Przeciwnikami wstępnych zarysów planu jest też wielu demokratów, głównie centrowych. Boją się rozdęcia deficytu budżetowego oraz reakcji swych bogatych wyborców - część kosztów reform ma być pokryta dzięki podniesieniu podatków dla najbogatszych. W środę grupa kongresmanów z obu partii zapowiedziała także, że zagłosuje przeciw reformie, jeśli wrzuci ona do koszyka świadczeń gwarantowanych przez państwo aborcję.
Jeśli reforma się nie uda, może mocno zaważyć na całej prezydenturze Obamy. Tom Daschle, niedoszły (przez problemy z podatkami) minister zdrowia Obamy mówi dziś: - Ta reforma jest tak ważna, a prezydent włożył w nią tyle energii, że jej sukces albo porażka zdefiniuje kolejne lata jego kadencji.