30 lat temu Ameryka zabiła disco

Wysadzenie tysięcy płyt z muzyką disco, spalenie kukły Johna Travolty i szalona zabawa na stadionie bejsbolistów Chicago White Sox. "Wieczór niszczenia disco" był jednym z najbardziej zwariowanych, ale i najważniejszych wydarzeń popkultury ostatniego półwiecza.
Wszystko zaczęło się od tego, że w grudniu 1978 r. chicagowska stacja radiowa WDAI przeszła z nadawania głównie rocka na wyłącznie disco i zwolniła charyzmatycznego didżeja Stephena Dahla. Znalazł on pracę w konkurencyjnej WLUP i zaczął tam krucjatę przeciw disco. Powstało ono 10 lat wcześniej w murzyńskich i latynoskich enklawach Nowego Jorku, Filadelfii i Los Angeles. Wielu młodych Amerykanów, głównie z prowincji, uznało je za kiczowatą zabawkę zmanierowanych dzieciaków z wielkich miast na wybrzeżach, zagrażającą popularności twardego i "prawdziwie amerykańskiego" rock'n'rolla.

24-letni Dahl wymyślił "Wieczór niszczenia disco" wraz ze swym rówieśnikiem, synem właściciela bejsbolowej drużyny Chicago White Sox Mikiem Weeckiem. 12 lipca 1979 r. White Sox (Białe Skarpetki) mieli rozegrać z Tygrysami z Detroit jednego wieczoru dwa mecze. Hymnem Tygrysów był wówczas słynny przebój disco "We Are Family" ("Jesteśmy rodziną"). Promocja "Wieczoru niszczenia disco" polegała na tym, że bilety za ledwie 98 centów mógł kupić każdy, kto przyniesie płytę do zniszczenia. Dahl miał tego dokonać w przerwie między meczami.

Na słabo grające w sezonie 1979 Skarpetki przychodziło po 6 tys. widzów, Dahl z Weeckiem mieli nadzieję na ściągnięcie 12 tys. Tymczasem na mecze przybyło, według różnych ocen, od 70 do 90 tys. ludzi - dwukrotnie więcej, niż mieścił stadion. Prawie wszyscy młodzi i z płytami. Wielu weszło przez płot i przemyciło marihuanę oraz whisky.

Już przed stadionem spłonęła kukła Johna Travolty - symbolu disco po filmie "Gorączka sobotniej nocy". Na trybunach zawisły dziesiątki transparentów "Disco to obciach", "Disco jest martwe", "Niech żyje rock'n'roll". Przed rzuceniem pierwszej piłki na murawę poleciały czarne płyty z nagraniami Bee Gees czy Donny Summer. Bejsboliści bali się grać, ale sędzia nakazał rozpocząć mecz.

Po nim na murawę wkroczył Dahl. W płomiennej przemowie ogłosił koniec disco i zdetonował ładunek wybuchowy w kontenerze na śmieci, w którym były tysiące płyt. Ładunek okazał się za duży - szczątki poleciały 40 m w górę, kontener się rozpadł, a w boisku zrobiła się dziura.

Wtedy na murawę wpadło 10 tysięcy fanów rocka. Tłum tańczył, śpiewał i ogołocił obie ławki rezerwowych. Rzucano płytami i butelkami. Według wielu doniesień na trzeciej bazie pewna para uprawiała seks. Dopiero po godzinie wezwana policja jako tako uspokoiła sytuację. Drugi mecz jednak odwołano - boisko było zbyt zniszczone. Aresztowano 39 osób, sześć zostało rannych.

W następnych dniach o "Wieczorze niszczenia disco" pisały wszystkie gazety w USA. Miesiąc później na szczyt list przebojów w Ameryce dostała się piosenka punkowa - pierwszy przebój nowej fali rocka. W 1980 r. nastąpiło załamanie sprzedaży płyt disco, stacje radiowe w całych Stanach zmieniały profil na rockowy. Według "Historii rock and rolla" magazynu "Rolling Stone" 12 lipca 1979 r. w Chicago to "symboliczny moment" zwycięskiej "krucjaty przeciw disco".

- To było jak palenie książek przez nazistów - skarżył się potem Nile Rodgers z popularnej grupy dyskotekowej Chic. - Od tego wieczora ludzie bali się nawet wymówić słowo "disco".

Stephen Dahl do dziś pracuje w chicagowskich stacjach. W filmie dokumentalnym telewizji ESPN mówił w ubiegłą niedzielę: - Disco pewnie i tak by zdechło, ale cieszę się, że miałem w tym swój udział. Bracia Gibbs z Bee Gees do dziś oskarżają mnie, że zabiłem ich muzykę. Nie powiem, że tego żałuję.

A Mike Weeck dodaje: - Jako syn właściciela klubu żałowałem, że odwołano mecz. Ale jako współtwórca "Wieczoru"... Mój Boże, do dziś jestem z tego dumny!