Mudżahedini rozlewają się po Azji

Sprzymierzeni z talibami i Al-Kaidą mudżahedini uciekają z Afganistanu i Pakistanu do Somalii i Jemenu, a także do doliny Fergany, podzielonej pomiędzy Uzbekistan, Kirgizję i Tadżykistan
- Skoro dobraliśmy się im do skóry w jednym miejscu, uciekają tam, gdzie grunt nie pali im się pod nogami. Ale nic na to nie możemy poradzić - stwierdził w zeszłym tygodniu szef NATO Jaap de Hoop Scheffer.

W dolinie Fergany przybyłych z Afganistanu i Pakistanu partyzantów zauważono już pod koniec maja. Kilkudziesięcioosobowy oddział zaatakował posterunek policji w miasteczku Chanabad na granicy Kirgizji z Uzbekistanem. Następnego dnia zamachowiec-samobójca zabił kilka osób w uzbeckim Andiżanie, gdzie kilka lat temu wojsko utopiło we krwi antyrządowe powstanie.

Władze w Taszkiencie natychmiast ogłosiły stan pogotowia. Na granicę z Kirgizją posłano wojsko, a dla pewności na pograniczu ustawiono też pola minowe. W 1999 i 2000 r. uzbeccy mudżahedini przekradali się już z Afganistanu i Pakistanu, by wywołać zbrojne powstanie przeciwko panującemu 20. rok prezydentowi Islamowi Karimowowi, cieszącego się sławą najbezwzględniejszego spośród środkowoazjatyckich satrapów. W 2004 r. mudżahedini dokonali zamachów w Bucharze, a także przed ambasadami USA i Izraela w Taszkiencie. W 2006 r. zaatakowali Kirgizję.

Teraz, zatrzymani na granicy z Uzbekistanem, mudżahedini zawrócili do Kirgizji. Od połowy czerwca strzelaniny nieustannie wybuchają w okolicach miast Dżelalabad, Uzgen, Osz. Sprawy przybrały na tyle poważny obrót, że kirgiski prezydent Kurmanbek Bakijew postanowił podzielić się z rodakami swoimi obawami: - Jeśli partyzanci zostaną przyciśnięci w Afganistanie i Pakistanie, to dokąd będą uciekać? Niech Najwyższy ma nas pod opieką, ale boję się, że ruszą do Tadżykistanu, Kirgizji i Uzbekistanu.

Rząd z Duszanbe niepokoi się pogłoskami, że w dolinie Raszt wraz z setką ludzi pojawił się mułła Abdullah ukrywający się ostatnio w Afganistanie. To jedyny z muzułmańskich komendantów partyzanckich, który w latach 90. odmówił pogodzenia się z komunistycznymi władzami i nigdy nie złożył broni.

Dolina Fergany w latach 90. stała się kolebką środkowoazjatyckich mudżahedinów. Odrzucając świeckie tyranie byłych komunistycznych sekretarzy, którzy poogłaszali się prezydentami niepodległych państw, buntownicy szukali ratunku w odkrywanym na nowo islamie. W 1992 r. do muzułmańskiej rewolucji, a potem wojny domowej doszło w Tadżykistanie - zginęło w niej 100 tys. ludzi. Pobici muzułmańscy partyzanci uciekli do Afganistanu rządzonego przez miejscowych mudżahedinów.

W uzbeckiej części doliny Fergany powstał Muzułmański Ruch Uzbekistanu, który zamierzał zbrojnie obalić tyrana z Taszkientu. Prześladowani, więzieni, torturowani i zabijani przez tajną policję Islama Karimowa mudżahedini też musieli ratować się ucieczką do Afganistanu.

W trwającej tam wojnie domowej zbiegowie z Tadżykistanu i Uzbekistanu trafiali pod opiekę zaprzyjaźnionych watażków i komendantów. Tadżycy szli pod rozkazy Ahmada Szaha Massuda, przywódcy afgańskich Tadżyków. Uzbecy wędrowali do wodza afgańskich Uzbeków Abdula Raszida Dostuma. Gdy władzę w Afganistanie przejęli potem talibowie, niektórzy mudżahedini z poradzieckiej Azji Środkowej, chcąc zachować swoje kryjówki, musieli sprzymierzyć się z jednookim emirem mułłą Omarem, a także jego gośćmi z Al-Kaidy.

O ile Tadżycy dochowali wierności walczącemu z talibami Massudowi, to Uzbecy stali się najwierniejszymi sprzymierzeńcami Osamy ben Ladena i porobili kariery w Al-Kaidzie. Tahir Jułdaszew, polityczny przywódca Muzułmańskiego Ruchu Uzbekistanu, został jednym z zastępców Saudyjczyka, a Dżuma Namangani jednym z najważniejszych dowódców wojskowych.

Po inwazji Amerykanów na Afganistan jesienią 2001 r. ci z uzbeckich mudżahedinów, którzy - jak Namangani - nie zginęli w walkach, uciekli wraz z talibami do Pakistanu. Tam prędko kilka tysięcy walecznych Uzbeków zostało wciągniętych w plemienne wendety miejscowych Pasztunów i bratobójcze wojny między skłóconymi frakcjami tamtejszych talibów.

Wielka ofensywa, rozpoczęta pod koniec kwietnia przez pakistańskie wojsko na pasztuńskich ziemiach, sprawiła, że Uzbecy znaleźli się w potrzasku. Wyparci z Malakandu wycofali się do Waziristanu Północnego i Południowego, ale i tam pociągnęło za nimi wojsko z armatami, śmigłowcami i samolotami. Po afgańskiej stronie granicy wielką obławę na partyzantów rozpoczęli też Amerykanie, którzy wysłali do Afganistanu dodatkowe tysiące żołnierzy. Bezzałogowe samoloty szpiegowskie USA już od roku bombardują partyzanckie kryjówki w pasztuńskich wioskach na pograniczu.

Wzięci w dwa ognie mudżahedini z Azji Środkowej zdecydowali, że łatwiej przetrwają, wracając w rodzinne strony. Przebijając się na północ, znaczą swój szlak walkami w Afganistanie. Amerykańscy generałowie zauważyli ostatnio niezwykłą aktywność partyzantów w północnych prowincjach Kunduz i Sar-e Pul, graniczących z Tadżykistanem i Uzbekistanem.

Zdaniem wojskowych USA z obławy na dżihadystów na afgańsko-pakistańskim pograniczu próbują też wyrwać się pomniejsi rangą arabscy i afrykańscy komendanci Al-Kaidy. Ci wymykają się głównie do Jemenu, z którego wywodzi się ród Osamy i gdzie ostatnio terroryści porwali i zabili kilku obcokrajowców, oraz Somalii, gdzie miejscowi talibowie są o krok od przejęcia władzy w kraju. Amerykanie po cichu liczą, że wywołana obławą panika udzieli się też najważniejszym przywódcom Al-Kaidy i że także oni postanowią poszukać nowych, bezpieczniejszych kryjówek.

- Chwila, gdy Al-Kaida zostanie zmuszona do wyniesienia się z afgańsko-pakistańskiego pogranicza, będzie dniem jej śmierci - uważa Thomas Hegghammer, znawca terroryzmu z Uniwersytetu Harvarda. - W górach Hindukuszu Osama jest wciąż bezpieczny. By wpaść, musiałby zostać zdradzony przez kogoś ze swoich najwierniejszych towarzyszy. Nikt inny nie ma do niego dostępu. Jeśli jednak wytknie nos z kryjówki, zostanie natychmiast wytropiony, pojmany lub zabity.