Szwedzi startują z wielkim kredytem zaufania, bo Europa odetchnęła z ulgą po zakończeniu czeskiej prezydencji. Od kiedy pod koniec marca upadł rządu Mirka Topolanka, czeskie przewodnictwo wpadło w polityczne turbulencje, których kwintesencją była próba przejęcia sterów Unii przez eurosceptycznego prezydenta Vaclava Klausa.
Nowy przewodniczący Unii szwedzki premier Frederik Reinfeldt uchodzi za sprawnego negocjatora i pragmatyka. W dodatku pracuje w duecie z doskonałym dyplomatą - szefem MSZ Carlem Bildtem.
- To może być jednak przewodnictwo w trybie kryzysowym - mówi "Gazecie" Mark Rhinard, ekspert ze szwedzkiego Instytutu Spraw Międzynarodowych w Sztokholmie. - Czesi mieli trudności przez swe wewnętrzne problemy, my będziemy mieli przez problemy z zewnątrz.
- Nasi tradycyjni partnerzy nie będą do końca gotowi do działania - przyznała kilka dni temu szwedzka minister ds. europejskich Cecilia Malmström. Chodziło jej o przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barrosę i szefa nowego europarlamentu, którym być może będzie Jerzy Buzek.
Aby cokolwiek zrobić w UE, kraj jej przewodniczący musi ściśle współdziałać nie tylko z innymi stolicami, ale także z Komisją i europarlamentem. Te zaś zaczną działać normalnie dopiero, kiedy zostaną wybrani ich szefowie. Zatwierdzenie Barrosy mimo udzielonego mu wsparcia na niedawnym szczycie przywódców Unii może opóźnić się aż do jesieni z powodu kłótni między stolicami a europarlamentem. Sytuację komplikują też przepychanki między chadekami - największą frakcją w Parlamencie Europejskim, z której wywodzi się Barroso - a lewicą i zielonymi. Poślizg z Barrosą może z kolei opóźnić wybór szefa Parlamentu Europejskiego.
Na to wszystko nakłada się jeszcze niepewny wynik planowanego na październik drugiego irlandzkiego referendum w sprawie traktatu z Lizbony. Traktat ma wzmocnić Europę i dać Unii quasi-prezydenta oraz szefa dyplomacji. Jeśli Irlandczycy znów zagłosowaliby na nie (na razie sondaże mówią, że powiedzą "tak"), cała konstrukcja budowy mocniejszej Europy legnie w gruzach, a Szwedzi w trybie pilnym będą musieli zaproponować wyjście awaryjne.
Reinfeldt wie, że jeśli będzie musiał zaangażować się w mediację w sprawie Barrosy, zmarnuje nie tylko czas, ale i polityczną energię. Przełożył więc z końca czerwca na 6 lipca spotkanie z szefami największych grup politycznych w europarlamencie. Liczy, że do tego czasu frakcje dogadają się co do Barrosy, by zatwierdzić go już w lipcu. Jeśli tak się stanie, Szwedzi ruszą ze swym programem ożywienia gospodarki.
- Razem musimy poradzić sobie z kryzysem gospodarczym i rosnącym bezrobociem, które dotyka całą Europę - mówił niedawno szwedzki premier, prezentując program przewodnictwa.
W pierwszym kwartale br. pracę w UE straciło 1,9 mln ludzi, a stopa bezrobocia sięgnęła w niej 8,6 proc., i zapewne będzie jeszcze rosła. Szwedzi chcą temu zaradzić, wiedząc, że w ten sposób można poprawić nadszarpnięte ostatnio zaufanie obywateli do Unii. Proponują powołanie unijnej instytucji nadzorującej stabilność rynków finansowych, co odbuduje do nich zaufanie. To z kolei miałoby przełożyć się na
wzrost gospodarczy i nowe miejsca pracy.
Priorytet numer dwa to klimat. Reinfeldt, który będzie reprezentował Unię na grudniowej konferencji klimatycznej ONZ w Kopenhadze, chce, by za szwedzkiego przewodnictwa UE podpisała nowe porozumienie o dalszej redukcji gazów cieplarnianych. - Kryzys nie może być dla nas wymówką - apelował niedawno Reinfeldt.
Cel numer trzy to rozszerzenie. Szwedzi, tradycyjnie przychylnie nastawieni do większej Europy, chcą rozruszać ten proces. Tu także trudno będzie o cuda. Chorwację, z którą negocjacje UE miała zakończyć w grudniu, czeka poślizg, bo wycofała się z unijnego arbitrażu w sporze granicznym ze Słowenią. - To był samobój - mówią unijni dyplomaci.
Mimo wielkich chęci Szwedzi nie dadzą też rady dopiąć umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą, bo Kijów sparaliżowany jest polityczną wojną na górze, która z pewnością nasili się przed styczniowymi wyborami prezydenckimi. Nie ma też co liczyć na przyspieszenie negocjacji członkowskich z Turcją. Choć Reinfeldt jest gorącym zwolennikiem przyjęcia Ankary do Unii, jego zapędy temperować będzie niemiecka kanclerz Angela Merkel i francuski prezydent Nicolas Sarkozy.
Szwedzki komentator Mats Engström przewiduje, że sukcesem Sztokholmu może być za to rozpoczęcie w grudniu formalnych negocjacji z Islandią. Ale i tu na drodze Reinfeldta mogą stanąć Francuzi i Niemcy, którzy uważają, że zanim Unia zdecyduje się na dalsze rozszerzenie, musi wzmocnić się, przyjmując traktat z Lizbony.