Ajatollah mówi: Dość!

Mariusz Zawadzki
20.06.2009 , aktualizacja: 19.06.2009 18:22
A A A Drukuj
Koniec pobłażania dla demonstrantów w Teheranie? Najwyższy przywódca Iranu zagroził im, że jeśli nie przestaną podważać oficjalnych wyników wyborów, może dojść do rozlewu krwi. - Wtedy politycy pociągający za sznurki zostaną ukarani - mówił
Islam
Fot. Vahid Salemi AP
Islam
Niektórym wydaje się może, że rozróbami ulicznymi zmuszą władze do ugięcia się. Otóż powiadam: są w błędzie! - stwierdził podczas piątkowej modlitwy Chamenei. Jego mowa, transmitowana w całym Iranie, była oczekiwana z napięciem, bo w ostatnich dniach pojawiały się drobne sygnały, że nieprzebrane tłumy, które codziennie na ulicach Teheranu demonstrowały przeciw wyborom, zmuszą władze do ustępstw.

Ajatollah Chamenei nakazał Radzie Strażników zbadanie skarg wyborczych trzech przegranych kandydatów, w tym najpopularniejszego z nich Mir Hosejna Musawiego. Rada zaprosiła kandydatów w sobotę na specjalną sesję w sprawie wyborów i ogłosiła, że rozważa ponowne przeliczenie części głosów. Kilku wpływowych duchownych krytykowało wybory i brutalność sił bezpieczeństwa, które rozpędzając demonstracje, zabiły przynajmniej osiem osób.

Jednak najwyższy przywódca rozwiał wczoraj nadzieje na to, że władze ustąpią. - Niektórzy nasi wrogowie za granicą próbują przedstawić wspaniałe zwycięstwo, którym były wybory, jako zwycięstwo wątpliwe! Ta manipulacja się nie powiedzie! - mówił Chamenei. Jako jedne z "najbardziej zdradzieckich państw" wymienił Wielką Brytanię i USA, które, jak stwierdził, "po tym, co zrobiły w Iraku i Afganistanie, nie mają moralnego prawa oceniać innych". Kilka godzin później brytyjskie MSZ wezwało ambasadora Iranu w Londynie i zażądało wyjaśnień.

- Gdyby różnica między kandydatami wynosiła 100 tys. głosów albo nawet milion, cóż, wtedy ktoś mógłby obawiać się fałszerstwa. Ale jak można sfałszować 11 mln głosów?! - pytał Chamenei. Według oficjalnych wyników prezydent Ahmadineżad zdobył 12 czerwca 24 mln głosów (63 proc.), a były premier Musawi - 13 mln (34 proc.).

Niezależny sondaż przedwyborczy opublikowany w "Washington Post" wskazuje, że liczby te mogą być prawdziwe. Populista Ahmadineżad ma duże poparcie wśród biedoty, dla której stał się przywódcą buntu przeciw bogaczom, inteligentom i skorumpowanym urzędnikom oraz duchownym - współczesną irańską wersją Janosika.

Jednak w elitarnym Teheranie nieznacznie wygrał Musawi. Jego kampania przed wyborami miała w stolicy wielką dynamikę i przyciągała tłumy młodych ludzi. Dlatego jego stronnicy są absolutnie przekonani, że doszło do fałszerstwa. Tym bardziej że głosy spływające z całego kraju przeliczało MSW podległe prezydentowi. Pierwsze rezultaty podawało podejrzanie szybko - już trzy godziny po zamknięciu urn. Wczoraj Mohsen Rezaj, jeden z przegranych kandydatów, mówił w telewizji, że były okręgi wyborcze, w których frekwencja przekroczyła 140 proc.

Dlatego od soboty codziennie przez ulice Teheranu przechodziły tłumy ludzi, a Musawi wzywał do powtórzenia wyborów, które nazywał "zawstydzającą szaradą".

- Wzywam wszystkich: to się musi skończyć! Wola narodu wyraża się w wyborach, a nie na ulicy - mówił wczoraj najwyższy przywódca. - Ekstremizm może osiągnąć poziom, na którym nie da się jej opanować. Wtedy politycy, którzy wpływają na ludzi, odpowiedzą za rozlew krwi - groził.

Co znamienne, adresaci tych gróźb - Musawi i bajecznie bogaty ajatollah Haszemi Rafsandżani, jego najpotężniejszy stronnik - nie byli wczoraj obecni wśród tysięcy słuchających przemówienia na uniwersytecie.

W pierwszym rzędzie siedział za to prezydent Ahmadineżad, którego najwyższy przywódca poparł dobitniej niż kiedykolwiek wcześniej. - Do tej pory nie było to ludziom wiadome, ale program prezydenta jest mi bliższy niż programy innych kandydatów - oświadczył Chamenei. Przed wyborami starał się zachować pozycję bezstronnego arbitra i radził jedynie Irańczykom, by głosować na "człowieka prostego i skromnego, który nie ugnie się przed mocarstwami". Do definicji tej najlepiej pasował oczywiście Ahmadineżad, syn kowala, znany na całym świecie z antyizraelskich tyrad i żarliwej obrony irańskiego programu atomowego, ale jego nazwisko wtedy jeszcze nie padło.

Mowa na uniwersytecie postawiła Musawiego pod ścianą. Wezwał on ludzi, by dziś znów zebrali się w centrum Teheranu. Ci, którzy go posłuchają, muszą liczyć się z tym, że nie protestują już przeciw Ahmadineżadowi czy wyborom, ale przeciw samemu najwyższemu przywódcy. Podważanie jego autorytetu jest niedopuszczalne, a nawet - jak pokazuje 30-letnia historia Islamskiej Republiki - niebezpieczne dla zdrowia i życia. W czystkach pod koniec lat 80. zginęły tysiące ludzi, a działacze opozycji lub mniejszości byli nawet skrytobójczo mordowani za granicą.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów