Prezydent Barack Obama wygłosił dziś w Kairze długo oczekiwaną przemowę do świata muzułmańskiego. - Musimy wyjść z pułapki nieufności i niezgody. Wiem, że nie można tego dokonać z dnia na dzien. Ale musimy zacząć się wzajemnie słuchać - mówił.
Fot. Rafiq Maqbool AP
Żołnierze U.S. Marines w czasie patrolu w prowincji Helmand
Barack Obama nawiązywał w Kairze do swych kenijskich przodków wyznających islam, a podczas przemowy cytował Koran, Biblię oraz żydowski Talmud (czyli zbiór starożytnych komentarzy i dysput o Biblii Hebrajskiej).
Wzywając do "nowego początku" w stosunkach między Ameryką i światem islamu, Obama podkreślał, że "bieżąca polityka" nie jest jedynym źródłem problemów i nieufności. Wspominał o trudnym dziedzictwie zachodniego kolonializmu oraz zimnej wojnie, w której kraje muzułmańskie wykorzystywano jako narzędzia w sporach supermocarstw.
Prezydent USA bronił decyzji o rozpoczęciu wojny w Afganistanie, która była reakcją na atak al Kaidy na cele w USA z 2001 r. (głównie World Trade Center). Zapewniał jednak, że Amerykanie nie zamierzają pozostać w Afganistanie na zawsze. O wiele bardziej złożona była część przemówienia o wojnie w Iraku. Choć Obama zapewniał, że jego zdaniem Irakijczykom żyje się teraz lepiej niż za dyktatury Saddama Husajna, to przypomniał też o podziałach, które ta wojna wywołała w USA (nie mówił wprost o swym sprzeciwie wobec niej).
- Żaden kraj nie powinien siłą narzucać innym krajom systemu rządów - mówił Obama, niemal bezpośrednio nawiązując do działań swego poprzednika George'a W. Busha, który właśnie za pomocą operacji wojskowej w Iraku chciał szybko demokratyzować ten kraj. I uczynić z niego zalążek demokracji na całym arabskim Bliskim Wschodzie. Czasy nacisków demokratyzacyjnych USA najwyraźniej minęły, czego symbolem było wczoraj dość serdeczne przyjęcie Obamy przez autorytarnego prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka.
Za czasów Busha Mubarak był ceniony jako kluczowy sojusznik USA, ale jednocześnie Biały Dom publicznie wytykał mu łamanie praw człowieka.
Przemówienie do muzułmanów nie mogło obyć się bez poruszenia problemu konfliktu izraelsko - palestyńskiego, który zaognia stosunki między Ameryką (sojusznikiem Izraela) i światem arabskim. Obama - to nie jest niespodzianka - podkreślił swe poparcie dla powstania niepodległej Palestyny i powtórzył postulat całkowitego zamrożenia żydowskiego osadnictwa na Zachodnim Brzegu Jordanu. Kwestia osadników wywołuje coraz gwałtowniejszy konflikt między Białym Domem i izraelskim premierem Beniaminem Netanjahu, który nie chce całkowicie zawiesić rozbudowy osiedli.
Prezydent USA mówił też dziś o potrzebie promowania praw kobiet, choć podkreślał, że to nie tylko problem świata muzułmańskiego. Przyznał, że nie uważa, aby kobiety decydujące się na noszenie chusty muzułmańskiej uwłaczały zasadzie równości.
Przemówieniu Obamy towarzyszyły medialne doniesienia o internetowym przesłaniu Osamy ben Ladena, który najwyraźniej chciał osłabić pozytywny wydźwięk wystąpienia prezydenta USA w Kairze. Ben Laden wzywał swych zwolenników do "długiej wojny" z zachodnimi najeźdźcami i ich sojusznikami.