Triumfalnym zwycięstwem parti, popierających prezydenta separatystycznych władz Osetii Płd. zakończyły się niedzielne wybory parlamentarne. Partie popierające Eduarda Kokojtego zdobyły łącznie ponad 90. proc. miejsc w 34-osobowym parlamencie.
Fot. MISHA JAPARIDZE AP
Eduard Kokojty, prezydent Osetii Południowej
To były pierwsze wybory od czasu zeszłorocznej rosyjsko - gruzińskiej wojny o Osetię Płd., która zakończyła się uznaniem niepodległości tej separatystycznej enklawy przez Kreml.
Uzyskana wczoraj większość umożliwi Kokojtemu wprowadzenie poprawek do konstytucji i wykreślenie limitu prezydenckich kadencji, który uniemożliwia mu panowanie po 2011 r. Wtedy kończy się druga, i wedle obecnego prawa ostatnia, kadencja tego 44-letniego byłego zapaśnika i mistrza Gruzji w stylu wolnym, który doszedł do władzy dzięki poparciu Kremla.
Osetyjczycy wypowiedzieli posłuszeństwo Tbilisi w 1990 r., gdy Gruzja, wówczas jeszcze prowincja ZSRR, buntowała się przeciwko zwierzchności Kremla. Poparcie dla Osetyjczyków, a także Abchazów miało być moskiewską przestrogą i karą dla Gruzinów.
Wygrawszy dzięki Moskwie wojny z Gruzją, obie prowincje pozostawały od kilkunastu lat niezależne od Tbilisi. Ale dopiero po zeszłorocznej wojnie Rosji z Gruzją zakończonej klęską tej ostatniej Moskwa oficjalnie uznała niepodległość Osetii Południowej i Abchazji. Poza Rosją zrobiła to jeszcze Nikaragua.
Według południowoosetyjskiej opozycji euforia po wojnie z Gruzinami minęła i ustąpiła miejscu rozczarowaniu. Władze nie odbudowały niczego, choć Kreml dał na ten cel prawie 300 mln dolarów. Rząd rozliczył się zaledwie z dziesiątej części tych pieniędzy. Reszta - jak zapewnia - zostanie wydana z korzyścią dla obywateli. Zdaniem opozycji pieniądze rozkradli Kokojty i jego dworzanie.
Aby Kokojty nie musiał oddawać władzy (i nie narażał się na rozliczenia), a także by mógł panować dożywotnio, trzeba zmienić konstytucję i znieść ograniczenie kadencji prezydenckich do dwóch. Były zapaśnik wprowadził w liczącym niewiele ponad 50 tys. mieszkańców kraju dyktaturę podobną do tej, jaką także za przyzwoleniem Moskwy zaprowadził w Czeczenii były bokser Ramzan Kadyrow. Posłuszna prezydentowi komisja wyborcza nie dopuściła do wyborów dwóch naprawdę opozycyjnych wobec niego partii. W obawie o bezpieczeństwo, a także za chlebem wielu opozycjonistów wyjeżdża z Cchinwali do Rosji, a ci, którzy pozostali, wezwali do bojkotu wyborów.
Kokojty zapewnia, że nawet nie zaświtała mu w głowie myśl o dożywotnim panowaniu, a wszystkie inne zarzuty to zwykła gruzińska propaganda.
Unia Europejska, która nadal traktuje Osetię Płd. jako zbuntowaną część Gruzji, uznała wczorajsze wybory za nieważne.