Jeden z najbardziej znanych i szanowanych rosyjskich obrońców praw człowieka, polityk antykremlowskiej opozycji, został we wtorek wieczorem dotkliwie pobity pod swoim moskiewskim domem.
67-letni Ponomariow wracał do domu. - Podeszło do mnie dwóch mężczyzn. Poprosili o papierosa. Gdy odpowiedziałem, że nie palę, dostałem w tył głowy. Upadłem. Kopali w pierś, w głowę. Milcząc, na zimno. A ja się darłem wniebogłosy. Z klatki schodowej wyskoczył strażnik, wtedy napastnicy uciekli. Nic mi nie zabrali, tylko butami zmiażdżyli telefon komórkowy - opowiada w szpitalu napadnięty.
Ponomariow został obrońcą praw człowieka jeszcze w czasach ZSRR. W 1989 r. był bliskim współpracownikiem i mężem zaufania legendarnego dysydenta Andrieja Sacharowa.
Dziś wrogów Ponomariow też ma wielu. Naraził się rosyjskim władzom więziennym, bo od lat pomaga aresztantom i skazanym. Publicznie nazywa przeludnione i brudne rosyjskie areszty "współczesnymi izbami tortur".
Jego współpracownikiem był zamordowany 19 stycznia adwokat Stanisław Markiełow, który często występował w sądach jako przedstawiciel ruchu praw człowieka kierowanego przez Ponomariowa. Sam Ponomariow jest też współzałożycielem demokratycznej organizacji "Solidarność", krytykującej władze Rosji i otwarcie domagającej się dymisji premiera Władimira Putina.
Obrońcy prawa człowieka i opozycjoniści są przekonani, że napad na Ponomariowa stanie się jednym z bardzo wielu przestępstw przeciwko ludziom krytykującym władze, sprawcy których pozostają nieuchwytni. - Nie muszę pytać wróżki, żeby powiedzieć, że nasza milicja nie znajdzie sprawców - mówi Ludmiła Aleksiejewa, szefowa Moskiewskiej Grupy Helsińskiej. - Kiedy Ponomariow w 2006 r. brał udział w demonstracji ku pamięci ofiar Biesłanu, rzuciło się na niego pięciu milicjantów, za co na trzy dni trafił do aresztu. Jednak kiedy ktoś bije dysydenta, milicja się nigdy nie pojawia. Nasza milicja chroni tylko władze, a nie obywatela - twierdzi Aleksiejewa.