Brytyjscy związkowcy walczą z Polakami, broniąc ich praw

Brytyjski związek zawodowy Unite dowodzi, że opolski Remak pracujący przy modernizacji elektrowni na półwyspie Isle of Grain, złamał tamtejsze porozumienia o zarobkach w sektorze budowlanym. - Spółka płaci swoim pracownikom mniej niż powinna. Domagamy się rekompensat i podwyżek dla Polaków - żądają brytyjscy związkowcy. Zdobyli umowę, z której wynika, że Polakom oferowano 10 funtów za godzinę zamiast 14.
Pod pozorem obrony pracowniczych praw Anglicy walczą z pracownikami z Opola i Katowic, którzy ze względu na niższe zarobki stanowią dla nich konkurencję na rynku pracy.

Anglicy z Isle of Grain protestują przeciwko zatrudnianiu Polaków: - Brytyjski pracownik nie może uczciwie zarabiać, bo Polacy wyżarli go z posady. Zwożą was autokarami z waszego kraju, spędzają do barek zacumowanych przy brzegu, płacą połowę tego, co dostaje Anglik. To skandal! - krzyczeli podczas jednego z protestów wściekli Anglicy.

Teraz znaleźli nowy sposób na walkę z zatrudnianiem Polaków - ujęli się za nimi i walczą o wyższe pensje dla wyzyskiwanych kolegów z Polski.

Wyzysk nie będzie tolerowany

Centrala związku upubliczniła dokumenty wskazujące na złamanie prawa przez polskiego podwykonawcę NAECI (The National Agreement for the Engineering Construction Industry). Spółka Remak z Opola zobowiązała się przed rozpoczęciem prac do przestrzegania zawartych w porozumieniu ustaleń.

- To jest zwykły wyzysk. Gdyby nie nasze zaangażowanie, ta sprawa nigdy nie ujrzałaby światła dziennego. Polacy zamiast zarabiać 14 funtów na godzinę, otrzymują jedynie 10. Teraz Remak zasłania się tym, że jego pracownicy dostali błędne kontrakty w wyniku pomyłki. My wierzymy, że było to działanie celowe - mówi Neil Willoghby regionalny przedstawiciel Unite. - Domagamy się rekompensat dla Polaków i natychmiastowych podwyżek - dodaje.

Dokument, z którego wynika, że Polacy zarabiają 10 funtów za godzinę zamiast 14 - zobacz>>

Wiszące widmo strajków

Isle of Grain to tylko jedno z miejsc, gdzie w lutym tego roku Brytyjczycy demonstrowali przeciwko napływowi taniej siły roboczej zza granicy. Zdaniem demonstrujących polskie firmy odmówiły zatrudnienia lokalnym mieszkańcom, stawiając tylko na własnych pracowników, którym płacą grosze. W tej sytuacji Unite zapowiedział dwie kolejne demonstracje. Pierwszą 19 marca przed urzędem pracy w Chatham, a druga 24 marca na terenie elektrowni. Związkowcy twierdzą jednak, że nie tylko wspierają Brytyjczyków, którzy zostali pominięci przez Remak przy rekrutacji, ale chcą też pomóc polskim pracownikom, którzy obecnie pracują za bramą elektrowni i nie są należycie wynagradzani. Według związkowców kontrakty, które podpisali Polacy po pierwsze nie są zgodne z NAECI, a po drugie - z brytyjskim prawem.

W związku z nowymi faktami specjalne oświadczenie wydał główny wykonawca projektu, francuski koncern Alstom, który zatrudnił polską firmę jako podwykonawcę. "Otrzymywaliśmy niepokojące sygnały od związków dotyczące stawek wynagrodzeń polskich pracowników zatrudnionych przez naszych podwykonawców (...). Nasi podwykonawcy są już jasno poinformowani, że nie będziemy tolerować żadnego łamania porozumień w sprawie wynagrodzeń i warunków pracy" - czytamy w deklaracji.

Polakom nie dzieje się krzywda

Jeszcze kilka tygodni temu Aleksander Panaś, dyrektor Remaku, który zatrudnia na terenie budowy elektrowni ponad 60 monterów i spawaczy, zapewniał, że Polacy pracują "zgodnie z wytycznymi a firma stosuje się do zasad zawartych porozumieniu". - Trudno mi wskazywać konkretne sumy, bo zależą one od stanowiska, na jakim dana osoba pracuje. Nie wiem, ile płaci się Brytyjczykom, wiem, że nasi ludzie są opłacani zgodnie z umową - zapewniał. Teraz odmówił komentarza. Powiedział tylko, że nic mu nie wiadomo o żadnych podwyżkach dla pracowników Remaku.

Wiceprezes Remaku: Jesteśmy gotowi na podwyżki

- Nieporozumienie polega na tym, iż związkowcy sądzą, że wszyscy nasi pracownicy powinni zarabiać 14 funtów na godzinę nie biorąc pod uwagę, że są wśród nich osoby bardziej i mniej wykwalifikowane. Porozumienie nie określa ile osób ma być wynagradzanych według najwyższych stawek, a ile według tych niższych. Kontrakt, który trafił w ręce związkowców należy do mniej doświadczonego pracownika, stąd taka kwota - tłumaczy dla Gazety.pl Adam Rogala wiceprezes Remaku. - Ponieważ jednak chcemy wywiązać się z umowy do końca i zażegnać spory jesteśmy gotowi na podwyżki - kończy.