Bush: Będzie mi brakowało władzy

Rozmawiali dziennikarze "Austin American-Statesman" "Houston Chronicle", "Forth Worth Star-Telegram" i "San Antonio Express-News".
16.01.2009 , aktualizacja: 15.01.2009 18:41
A A A Drukuj
Mam plany na przyszłość. Chcę napisać książkę, w której postaram się postawić ludzi na moim miejscu, by zobaczyli, jak to było podejmować pewne decyzje. Zamierzam wygłosić trochę przemówień i wykładów - mówi odchodzący prezydent USA.
Bush wychodzi z prezydenckiego helikoptera po wylądowaniu w bazie Agencji
Bezpieczeństwa Narodowego w Fort Meade, 24 października 2008 roku
Fot. Charles Dharapak AP
Bush wychodzi z prezydenckiego helikoptera po wylądowaniu w bazie Agencji Bezpieczeństwa Narodowego w Fort Meade, 24 października 2008 roku
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Poniższy wywiad jest skrótem obszernej rozmowy, jaką tydzień temu przeprowadzili z odchodzącym 20 stycznia George'em Bushem w Białym Domu dziennikarze teksańskich gazet.

Patrząc wstecz na spędzone w Białym Domu lata, czy może pan powiedzieć, że pańska misja, jakkolwiek by pan ją definiował, została spełniona?

George Bush: Prezydent ogłasza swoje zamiary podczas kampanii wyborczej, potem jednak musi stawić czoła nieoczekiwanemu. Po atakach z 11 września moją misją była ochrona ojczyzny i zapewnienie tego, by również przyszli prezydenci mogli ją chronić. To mi się udało, nie było już żadnego ataku. Niech historia mnie oceni, ale mam poczucie spełnienia i wracam do domu z podniesioną głową.

Niezależnie od kryzysu gospodarczego, którego skutki odczuwa społeczeństwo?

- Nie ma wątpliwości, że obecna sytuacja gospodarcza jest bardzo trudna. Przesłania to fakt, że za mojego urzędowania mieliśmy 52 miesiące nieprzerwanego wzrostu liczby miejsc pracy, co jest swojego rodzaju rekordem. Obecny kryzys zaczął się zanim zostałem prezydentem. Wszyscy z nas, którzyśmy sprawowali ten urząd od samego zarania kryzysu aż po dzień dzisiejszy, ponosimy odpowiedzialność.

Czeka pana całkowita zmiana trybu życia. Czym będzie się pan zajmował jako zwykły obywatel? Czy ma pan już jakieś plany?

- Pamiętam, jak jechałem do Waszyngtonu na zaprzysiężenie. Byłem wtedy pełen oczekiwań. Oczywiście byłem przygotowany do tej pracy, ale przecież nigdy się nie wie, jak to jest być prezydentem, dopóki się nie przekroczy progu Gabinetu Owalnego. Czekałem zatem na ten moment, tak jak teraz pełen oczekiwań wyczekuję powrotu do domu.

Mogę się spodziewać, jak teraz będzie wyglądać życie po ośmiu latach bycia prezydentem i pracy po 14 godzin na dobę. Każdego ranka spędzonego w Waszyngtonie przychodziłem tu o 6.45, a o 7 spotykałem się z szefem kancelarii. Godzinę później pojawiało się CIA z raportem o tym, co się na świecie wydarzyło. I tak sześć dni w tygodniu. W niedzielę nie przychodziłem do biura i nie dostawałem raportu CIA. Nie wiem, jak to będzie obudzić się 21 stycznia rano, gdy nikt rano nie przyjdzie i nie powie: Tak wygląda dziś świat, panie prezydencie.

Czy czuję jakiś niepokój Nie sądzę, że „niepokój” to właściwe tutaj słowo. Mam plany na przyszłość. Chcę napisać książkę, w której postaram się postawić ludzi na moim miejscu, by zobaczyli, jak to było podejmować pewne decyzje. Zamierzam wygłosić trochę przemówień i wykładów. Spędzę nieco czasu w kampusie Południowego Uniwersytetu Metodystów. Popracuję też nad swoim instytutem studiów politycznych. Ale większość czasu będę w Teksasie. Poza tym chcę być dobrym obywatelem i na nowo nawiązać więzi towarzyskie z moimi przyjaciółmi. Laura kupiła nowy dom [w Dallas], nawet go jeszcze nie widziałem (śmiech). Ponoć jest bardzo ładny.

Czego najbardziej będzie panu brakować?

- Bycia szefem sił zbrojnych. Trudno mi opisać, jak to jest stać przed szeregiem naszych mężczyzn i kobiet w mundurach. Mam dużo wspomnień z nimi związanych, widziałem ich na polu bitwy, w szpitalach. Spotykałem się wreszcie z rodzinami poległych. Mam wielki szacunek dla naszych żołnierzy. Na pewno będzie mi tego brakować. Lubię też Air Force One [prezydencki samolot], to miły środek transportu. Marine One [prezydencki helikopter] z kolei jest niesamowitym luksusem - wychodzisz tylnymi drzwiami, wsiadasz i lecisz gdzie chcesz. No i będę tęsknił za "Francuzem" L'Heureuksem - pułkownikiem, z którym jeździłem na rowerze górskim.

Będzie mi zatem brakowało wielu luksusów i ludzi. Chciałem o tym jakoś powiedzieć prezydentowi elektowi Obamie, że Biały Dom to przyjemne miejsce, a ludzie zrobią tu wszystko, by pomóc tobie i twojej rodzinie. Jego córeczkom z pewnością się tu spodoba, będą tu miały masę frajdy.

Czy nie irytuje pana to, że opuszcza pan urząd bez porachowania się z Osamą ben Ladenem?

- Jestem zadowolony z postępów, jakie uczyniliśmy w osłabieniu al Kaidy. Pozbawiliśmy ją zwycięstwa w Iraku i bezpiecznego schronienia w Afganistanie, gdzie ją tropimy. Schwytaliśmy i zabiliśmy wielu jej przywódców, naprawdę wielu. Nie ma jednak wątpliwości, że dwaj najważniejsi wciąż jeszcze żyją, jak sądzi nasz wywiad. Ale któregoś dnia i ich dopadnie sprawiedliwość.

Dlaczego tak trudno znaleźć Osamę?

- Ponieważ przeciwnik używa dobrze zabezpieczonych sposobów komunikowania się. Ukrywają się w odległych zakątkach świata, no i - jak dobrze wiecie - sam ben Laden nie przyjmuje osobiście żadnych parad. Ciężko mi tak wytłumaczyć, jak trudno dostępne są niektóre rejony Pakistanu i Afganistanu. Któregoś dnia postawimy go jednak przed sądem.

Czego potrzeba, by Amerykanie uwolnili się od, jak to pan nazywa, uzależnienia od ropy?

- To nie jest kwestia tego, by się Amerykanie od niej uwolnili, tylko dostępności na rynku technologii dających im alternatywę. Pojawią się baterie pozwalające przejechać samochodem pierwsze 60 km na prądzie, co jest szczególnie ważne dla kierowców poruszających się po mieście. Jest tylko pytanie, czy mamy dość energii elektrycznej? Dlatego jestem wielkim zwolennikiem elektrowni atomowych. W dyskusji na temat energii pojawił się pewien zwrot wskazujący na to, że ludzie zaczynają sobie uświadamiać, że jeśli ktoś martwi się efektem cieplarnianym, a zarazem dba o rozwój gospodarczy, to musi być za elektrowniami atomowymi. Wciąż jednak jest silny opór przeciwko nim, bo żyją wśród nas przedstawiciele pokolenia obawiającego się o związane z nimi bezpieczeństwo techniczne i środowiskowe.

Jestem jednak przekonany o tym, że elektrownie te są bezpieczne. Wąskim gardłem jest jednak paliwo, zużyte paliwo. Mam nadzieję, że wymyślony zostanie sposób na jego pełną utylizację i bezpieczne składowanie.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów