Nowa wojna z Hamasem?

W piątek zakończyło się półroczne zawieszenie broni między Izraelem a palestyńskim Hamasem. Za dwa miesiące w Izraelu będą wybory parlamentarne. Te dwie okoliczności, razem z trwającym cały weekend ostrzałem rakietowym z Gazy, sprawiają że na wokandę powrócił temat: czy iść z Hamasem na wojnę? Ugrupowanie już zapowiedziało, że sięgnie z powrotem po metodę zamachów samobójczych.
Cipi Liwni, minister spraw zagranicznych Izraela i wedle wszystkich sondaży przyszła premier, rozkazała swoim podwładnym wszczęcie kampanii PR w sprawie ostrzału rakietowego z Gazy. Minister nakazała izraelskim przedstawicielom w ONZ i przy krajach europejskich szerokie informowanie o tym, jak wygląda sytuacja w regionie. A wygląda tak, że od wygaśnięcia półrocznego zawieszenia broni (piątek) z Hamasem, na południowy Izrael spadło blisko 80 rakiet i pocisków moździerzowych. Mimo znikomych strat i braku ofiar śmiertelnych nadchodzące wybory wymogły na czołowych politykach zapowiedzi "zakończenia tej kwestii". W miejscach, gdzie pociski spadły, zjawili się Beniamin Netaniachu, kandydat prawicowego Likudu, Cipi Liwni kandydatka centroprawicowej Kadimy i Ehud Barak, kandydat partii pracy. Na ich zapowiedzi rozprawienia się z Hamasem ten odpowiedział błyskawicznie: groźbą wznowienia zamachów samobójczych.

Wrócą samobójcy?

Groźba ta jest bardzo poważna, bo gigantyczny spadek liczby tego rodzaju ataków tylko w małym stopniu jest sukcesem izraelskiego kontrwywiadu, Szabak. W większym wynika z pojawienia się poważnych wątpliwości właśnie w Hamasie, który pozostaje czołowym graczem na rynku ugrupowań terrorystycznych.

Mimo doniesień izraelskiej gazety "Haarec", która korzystając z najlepszych pośród redakcji źródeł w armii poinformowała, że z całą pewnością rozkazu do inwazji na Gazę jeszcze nie wydano, wydaję się jasne, że jest to tylko kwestia czasu. Tel-Awiw już rozpoczął rozmowy z Egiptem, żeby zmniejszyć jego nerwowość, gdy przy granicy pojawią się izraelskie czołgi. W tym świetle należy także postrzegać PR-ową kampanię, którą ujawniły media w niedzielę.

W kampanii znów pojawią się kwestie drogi do pokoju

Wydaje się jasne, że gdy metoda braku stanowiska politycznego skompromitowanego premiera Ehuda Olmerta okazała się dramatycznie nieskuteczna, wszystkie izraelskie ugrupowania chcą ponownie otworzyć debatę nad problemem państwa palestyńskiego i, co jest jego nieodłącznym towarzyszem, terroryzmu.

W Palestynie podział władzy też stał się mniej widoczny. Słabnący od wielu miesięcy Fatah pozwala mieć nadzieję, że przejęcie władzy na Zachodnim Brzegu jest możliwe. Z kolei Hamas stracił poparcie ugrupowań jeszcze bardziej skrajnych za prowadzenie "polityki ugodowej" - czyli zgodę na zawieszenie broni. To, co Tel-Awiw zrobi w tej sytuacji, będzie mieć więc gigantyczny wpływ na polityczną scenę Palestyny.

Pytanie czy ma jakikolwiek pomysł na to co zrobić, pozostaje otwarte.