Premier Iraku czyści resorty siłowe

Służby specjalne podlegające premierowi Iraku Nuriemu Malikiemu aresztowały kilkudziesięciu pracowników MON i MSW, w tym kilku generałów. Oskarżono ich o próbę odbudowy saddamowej partii BAAS
Wśród aresztowanych jest dyrektor jednej z kilku irackich agencji wywiadowczych, generał odpowiedzialny za iracką drogówkę oraz pułkownik, którego brat był za rządów Saddama Husajna zaufanym dyktatora.

- Zostali oskarżeni o działalność terrorystyczną i działanie w nielegalnej partii Powrót, która chce powrotu dawnego reżimu - mówi "Gazecie" wysoki urzędnik irackiego MSW.

Czystka okazała się kompletnym zaskoczeniem, bo dokonana została przez służby specjalne podlegające nie MSW, ale bezpośrednio premierowi. - Od dawna jednak mówiło się o tych trzech oficerach, że sympatyzują z dawnym reżimem i biorą ogromne łapówki - dodaje nasz informator.

Irackie MSW zdementowało informacje niektórych mediów o tym, że aresztowani planowali obalenie rządu. Możliwa jest też inna wersja - premier Maliki, który coraz pewniej czuje się na swym stanowisku, pozbywa się niepewnych ludzi w ministerstwach siłowych. Wśród aresztowanych są szyici i sunnici, dlatego nie można mówić o czystce według najczęstszego w Iraku klucza wyznaniowego.

Chodzi raczej o ludzi, którzy zaczęli pracę w ministerstwach za poprzednich rządów.

Pierwszy premier Iraku Ijad Alawi był uważany przez wielu Irakijczyków za człowieka CIA (w czasach Saddama jego partia na emigracji była sponsorowana przez wywiad USA). Był też - jak na irackie warunki - libertynem obojętnym na sprawy religii. Tymczasem Maliki został premierem w 2006 r. z mandatu szyickich partii religijnych, które wówczas wygrały wybory.

Kilka lat temu prorokowano, że to Alawi zostanie silnym człowiekiem Iraku, który przywróci porządek w kraju. Ale jego partia przegrała z kretesem i teraz to Maliki, początkowo uważany za chwiejnego i niezdolnego do działania szyickiego intelektualistę, aspiruje do roli przywódcy.

Za jego rządów sytuacja w Iraku diametralnie się poprawiła. Nie jest to jednak jego zasługa, lecz efekt nowej taktyki Amerykanów, którzy zawarli układ z częścią sunnickich rebeliantów. Maliki czuje się teraz tak pewnie, że wymógł na USA obietnicę wycofania się z Iraku do roku 2011.

Jednak wojna w Iraku jest wciąż daleka od wygaśnięcia. W zamachach i morderstwach każdego miesiąca ginie 300 cywilów. To ponad dziesięć razy mniej niż w strasznych latach 2006-07, ale więcej niż w Afganistanie, w którym - jak uważają media - już jest gorzej niż w Iraku.

- Ciągle mam na swoim terenie 400 ataków rebeliantów miesięcznie - mówił tydzień temu w wywiadzie dla wojskowej gazety "Stars and Stripes" dowódca sił USA na północy Iraku gen. Mark Hertling. Wymieniał też inne problemy: infrastruktura jest w katastrofalnym tanie, bezrobocie waha się od 40 do 80 proc., a większość specjalistów znalazła się wśród 2 mln Irakijczyków, którzy uciekli za granicę.

O tym, że Irak wciąż jest beczką prochu, świadczą uliczne demonstracje po aresztowaniu Muntazira al Zajdiego, dziennikarza, który w niedzielę rzucił butami w odwiedzającego Bagdad prezydenta USA. Jak podano wczoraj, dziennikarz wyraził skruchę i poprosił premiera Malikiego o łaskę, ale wywołana przez niego awantura pokazuje skalę antyamerykańskich nastrojów w Iraku.

Od kilku dni żołnierze USA są regularnie obrzucani już nie tylko butami, ale i kamieniami. Wczoraj w Falludży musieli bronić się przed rozwścieczonym tłumem, strzelając w powietrze.