Oni zabijali Polaków. Nieznani kaci z NKWD

Komanda śmierci Berii. W marcu 1940 r. NKWD wysłało na zajęte przez ZSRR kresy Rzeczypospolitej 11 grup, których członkowie dokonali selekcji wśród aresztowanych tam polskich oficerów, urzędników, inteligentów. A potem zabili co najmniej 7315 Polaków
Zobacz także:

Poczet katów z Katynia



Zbrodnia katyńska to nie tylko egzekucje 14 736 jeńców obozów w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku, ciała których NKWD-ziści pogrzebali w dołach śmierci w Katyniu pod Smoleńskiem, Miednoje koło Kalinina (dziś Twer) i Piatichatkach w pobliżu Charkowa.

Najbardziej tajemniczym rozdziałem tego mordu do dziś pozostaje śmierć co najmniej 7315 (według niektórych źródeł - ponad 8600) Polaków, których NKWD aresztowała po 17 września 1939 r. na zajętych przez Armię Czerwoną wschodnich kresach Rzeczpospolitej.

Nie wiemy, gdzie zostali wymordowani. Możemy się tylko domyślać, gdzie są ich mogiły.

- Wiem, kto odpowiada za śmierć tysięcy polskich oficerów, przemysłowców, urzędników, nauczycieli, artystów, którzy w 1940 r. znaleźli się w aresztach NKWD. Znam nazwiska ludzi, którzy wtedy decydowali, kto przeżyje, i wskazywali tych, którzy mają być rozstrzelani - mówi "Gazecie" Nikita Pietrow, znany historyk rosyjski, który zbiera informacje o uczestnikach zbrodni katyńskiej.

Pietrow znalazł i jako pierwszy opublikował dokument rzucający światło na krwawe wydarzenia sprzed 68 lat. Zdobył też fotografie kilku autorów krwawej operacji, które przekazał "Gazecie".

20 marca 1940 r., niecałe dwa tygodnie jak członkowie Biura Politycznego Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej (bolszewików) wydali decyzję o rozstrzelaniu Polaków z obozów jenieckich i aresztów, Ławrientij Beria, komisarz ludowy spraw wewnętrznych podpisał rozkaz natychmiastowego sformowania z oficerów NKWD 11 grup operacyjnych. Już następnego dnia wyjechały one do nowych obwodów ZSRR na zachodzie Ukrainy i Białorusi. Ich zadaniem było wytypowanie Polaków, których z siedzących już w więzieniach Polaków należy zlikwidować. Mieli też przeprowadzić nowe masowe aresztowania.

W rozkazie znalazły się nazwiska wszystkich oficerów, którzy wchodzili w skład komand śmierci.

Sześć grup Beria skierował na Ukrainę. Do obwodu lwowskiego wyruszyło 15 osób. Dowodził nimi zaledwie 30-letni major bezpieczeństwa państwowego Paweł Mieszik. W Tarnopolu "pracowało" pięciu czekistów, którymi kierował lejtnant Aleksiej Szkurin. W obwodzie rowieńskim selekcją Polaków zajmowało się też pięciu wysłanników NKWD dowodzonych przez porucznika Pawła Żurawlewa. Za obwód stanisławski odpowiadał porucznik Anatolij Barminow i jego czterech podwładnych. W Łucku działał porucznik Samuil Kriwulin z czterema podwładnymi. A w Drohobyczu zjawiła się grupa czekistów kierowana przez porucznika Piotra Luferowa.

Pięć grup Łubianka skierowała na Białoruś. Selekcji Polaków w Białymstoku dokonywał kapitan Izrail Pinzur z czterema pomocnikami. Krwawą misję w Baranowiczach powierzono porucznikowi Andriejowi Siniewowi i jego czterem ludziom. W Brześciu działał porucznik Grigorij Finkelberg i jego czterech podwładnych. Pińsk stał się rewirem pięciu czekistów dowodzonych przez porucznika Aleksandra Kuprijanowa. Do Wilejki NKWD wysłał porucznika Nikołaja Kożewnikowa z czterema pomocnikami.

Pietrow: - Członkowie przysłanych z Moskwy grup operacyjnych przez dwa miesiące, bo pracowali w swoich obwodach dwa razy dłużej, niż planował Beria, byli panami życia i śmierci Polaków. Oni brutalnie przesłuchiwali aresztowanych. Oni samodzielnie zestawiali spisy ludzi, którzy mają być rozstrzelani. Listy wysyłali do Moskwy. Niby sami nie wydawali wyroków. Formalnie Polaków skazywały na śmierć działające w stolicy złożone z przedstawiciela prokuratury, partii i NKWD "trojki". Ale ich członkowie tylko automatycznie składali podpisy pod listami sporządzonymi w regionach przez komanda śmierci.

W aresztach na zachodzie Białorusi i Ukrainy, jak się okazało, było mniej Polaków niż Stalin i jego towarzysze z Biura Politycznego przewidzieli do likwidacji. Grupy NKWD musiały więc polować na kolejnych, byle tylko wykonać plan. Oficerowie z Moskwy torturami wyciągali z przesłuchiwanych zeznania obciążające ich sąsiadów, budowali siatki donosicieli. To właśnie dlatego czekiści z Moskwy byli w delegacji tak długo.

Przy realizacji planu zabijania Polaków wyróżnił się były drobny złodziejaszek z Melitopola, w 1940 r. kapitan bezpieczeństwa państwowego Borys Rodos, który działał w obwodzie lwowskim. Po powrocie do Moskwy Beria wynagrodził go imiennym zegarkiem.

Nie wiadomo, gdzie zginęły i gdzie są pochowane ofiary komand śmierci. Pietrow twierdzi, że ci Polacy, którzy siedzieli w dużych więzieniach, jak np. we Lwowie, zostali rozstrzelani na miejscu. Więźniów z mniejszych miast, jak Pińsk czy Łuck, NKWD przewiozło do stolic republik i tam zabiło. Ich ciała spoczęły najpewniej w Kuropatach pod Mińskiem i w podkijowskiej Bykowni.

W ubiegłym roku polscy archeolodzy w zbiorowej mogile w Bykowni znaleźli nieśmiertelnik sierżanta Korpusu Ochrony Pogranicza Józefa Naglika, którego NKWD zabrało w październiku 1939 r. ze Skałaty pod Tarnopolem. Teraz wiemy, że o jego losie zdecydowało działające tam komando czekistów kierowane przez lejtnanta Aleksieja Szkurina.

Wielu oprawców z kresów Rzeczypospolitej skończyło źle. Nagrodzony przez Berię imiennym zegarkiem za sukcesy w polowaniu na Polaków kapitan Rodos został po śmierci Stalina aresztowany i rozstrzelany za "ciężkie przestępstwa". Ten sam los spotkał również jego szefa z lwowskiego komanda majora Mieszika.