Tu wszyscy znamy Nerona

Gdy odkryłem jej mogiłę, wiedziałem, że przeleżała w niej prawie 2 tys. lat. W ustach miała małą monetę z brązu. Dla Charona, by przewiózł ją na drugą stronę Styksu. Patrząc na czaszkę, w pierwszej chwili pomyślałem - bezczeszczę grób
Szybko zapomniałem o wątpliwościach. Rozkopałem grób. Wydobyłem kolczyki, naszyjnik, bransoletkę, pierścionek, trzy ceramiczne garnki i małą szklaną buteleczkę. Ona spodobała mi się najbardziej. Jak coś tak kruchego przetrwało wieki? Szkielet zostawiłem - opowiada Czawdar, dzisiaj skruszony eksrabuś grobów i student III roku Akademii Wojskowej, który do rodzinnej wsi nad Dunajem wraca tylko na wakacje.

W Arczarze z wykopków żyli wszyscy. Drążyli dziury nawet na swoich podwórkach, pod oknami. Czawdar jeszcze niedawno też był imaniarem - tak w Bułgarii nazywa się ludzi, którzy zarabiają, wykopując nielegalnie skarby archeologiczne. - Ale nie byłem żadnym łobuzem, robiłem to jak inni chłopcy. Rano do szkoły, a potem wykopki. Łatwe pieniądze, na wyciągnięcie ręki - opowiada.

W centrum Arczaru straszą ruiny meczetu. Utrącony w połowie minaret to pamiątka po Turkach, którzy panowali w Bułgarii przez 500 lat, aż do XIX w. Do dziś, gdy coś się nie udaje, Bułgar nie omieszka przypomnieć o niewoli tureckiej. Niedaleko stoi zamknięta na głucho zdewastowana cerkiew prawosławna. Wiernych ubyło w czasach komunizmu, a 40 mln euro na odbudowę świątyni i nową kanalizację wieś ma dopiero dostać z Unii Europejskiej. W dodatku nie wiadomo, czy się uda, bo Bruksela ma dość rozkradania pieniędzy i wstrzymuje pomoc.

O tym, że na wzgórzu ponad wsią w I wieku naszej ery wyrosło rzymskie miasto Ratiaria, jeszcze niedawno przypominała tutejsza restauracja o tej samej nazwie. Ale w kapitalistycznej Bułgarii nie wytrzymała konkurencji. Od kilku lat straszy tylko brudnymi oknami.

W samej wsi, położonej w północno-zachodniej części kraju, przy granicy z Rumunią i 30 km od Serbii, próżno szukać choćby najmniejszej tablicy informacyjnej o czasach rzymskiej świetności.

Ale większość mieszkańców antyczną historię miasta ma w małym palcu. Wiedzą, że w złotych latach między II a IV w. n.e. słynęło w całym Cesarstwie z produkcji złotej biżuterii i broni oraz było stolicą prowincji Dacia Ripensis.

- Rzymscy imperatorzy są u nas tak samo znani jak gwiazdy muzyki pop - mówi całkiem serio Czawdar. - Każde dziecko słyszało tu o Neronie, Aureliuszu czy Trajanie.

Od lat 90., gdy Bułgaria pogrążyła się w kryzysie, a bezrobocie we wsi przekroczyło 50 proc., to monety bite za panowania Rzymu dawały i wciąż dają chleb mieszkańcom Arczaru - trzytysięcznej wsi podzielonej na dwie części: liczącą tysiąc mieszkańców romską "mahałę" i większą bułgarską.

Złoto dla zuchwałych

Rzymską Ratiarię zrujnowali w 586 roku n.e. Awarowie. Mieszkańców wygnali lub wydusili, domy obrócili w pył. Starożytne budowle nie zachowały się do naszych czasów, ale miasto okazało się rajem dla archeologów. W jego ruinach wykopali np. złote klejnoty, w tym 13 sztuk kobiecej biżuterii w jednej szkatule. Podobnego odkrycia w domu mieszkalnym z czasów rzymskich, a nie na terenie nekropolii, dokonano tylko w Pompejach i Herkulanum. Od końca XIX w. aż do upadku komunizmu naukowcy wydobywali tu nie tylko złoto, ale także mozaiki, figury i rzeźby, w tym arcydzieło sztuki starożytnej - "Odpoczywającego Heraklesa".

- Po 1991 r. bułgarska bieda dopadła też archeologów i gdy zabrakło pieniędzy na badania, wyjechali. Wtedy się zaczęło... - zamyśla się Czawdar. - Nikt nie bawił się już w delikatne pędzelki i małe łopatki. Ludzie ze wsi i okolic maszerowali na wykopki ze szpadlami i kilofami. Któregoś dnia na wykopaliskach zobaczyłem traktory i koparki. To był przełom. Bywały dni, że ziemię przerzucało jednocześnie 12 buldożerów.

Zdaniem miejscowych policjantów w Ratiarii jednorazowo pracowało dzień w dzień po 300-400 osób. - A co oni tam mówią... Było nas i dwa tysiące. Wyobraź sobie ten tłum! Maszyny ryły ziemię na cztery metry, oczywiście nielegalnie, ale nikt nas nie gonił - poprawia student.

Mieszkańcy Arczaru szybko zdołali zniszczyć w antycznej Ratiarii to, co ocalało po Hunach i Awarach. Do dziś żądni zysku ściągają na teren dawnego miasta nocą, uzbrojeni w wykrywacze metali i łopaty. Nie powstrzymuje ich nawet kara więzienia i wyroki, które wydaje na imaniarów pobliski sąd w Widyniu.

Statuetkę tanio sprzedam

Czawdar wyznaje, że najwięcej zarobił na sestercji Nerona. Niewielkiej monecie z brązu, którą sprzedał za tysiąc euro. Ale byli też tacy, którzy za pieniądze z Ratiarii postawili domy, kupili działki i samochody. - Na początku nie znaliśmy się na monetach, łatwo nas było oszukać. Ale szybko katalogi numizmatyczne z opisem i wartością monet pojawiły się na okolicznych bazarach pomiędzy straganami z kurami i papryką - mówi Czawdar.

Podobno najdroższym przedmiotem sprzedanym przez arczarskich imaniarów była sestercja z podobizną Brytannika, 14-letniego syna cesarza Klaudiusza i Messaliny, który jako konkurent do tronu został otruty przez Nerona.

- Mówią, że poszła za 60 tys. lewów, czyli 30 tys. euro. Moneta wcale nie była ze złota, lecz z brązu, ale na rynku numizmatycznym jest niezwykle rzadka. W oficjalnym obiegu do tej pory pojawiło się ich zaledwie kilkanaście. W 2005 r. jedną sprzedano na aukcji za 70 tys. dol. - opowiada Czawdar. - Ceny zależą od ich wieku, stanu, w jakim się zachowały, a nawet długości panowania imperatora, bo im dłużej rządził, tym więcej monet z jego wizerunkiem zostało wybitych i zachowało się do naszych czasów.

We wsi wszyscy znali telefony do ludzi, którzy skupują skarby. Czawdar: - Gdy coś znalazłem, dzwoniłem i po godzinie-dwóch towary był sprzedany. Czasem jeździłem do pobliskiej Montany, gdzie w każdy poniedziałek, w dyskotece Kleopatra, odbywał się handel antykami. A jak nie tam, to jechałem do Wielkiego Tyrnowa i opychałem towar w klubie Planeta.

Arczar do dziś nie może ustalić, kto tak naprawdę kopał w Ratiarii. Skłócone grupy twierdzą, że ryli tylko "ci drudzy". Ale mój przewodnik po arczarskim półświatku, który zaczął kopać na wzgórzach, gdy miał 16 lat, ma już dystans do swojej miejscowości i imaniarstwa.

- Rabowali wszyscy. Dochodziło do prawdziwych bitew między Bułgarami a Cyganami! Walka szła o działki, na których się kopało. Trochę jak na Dzikim Zachodzie w czasie gorączki złota. Jeden Cygan trafił nawet do szpitala postrzelony w okolicach serca, bo wszedł nie na swój teren. Dwie osoby udusiły się w tunelach starożytnego miasta, ziemia zwaliła się na nich, gdy plądrowali groby - wspomina Czawdar.

Potwierdza to sołtys Arczaru Emil Giorgiew: - Imaniarstwa nie dało się opanować. Najpierw nie było wiadomo, do kogo należy teren wykopalisk i kto za niego odpowiada. W końcu zatrudniliśmy ochroniarzy, ale ci od razu zaczęli współpracować z szabrownikami.

- To był śmiech. Gdy policja jechała na patrol, dawała znać właścicielom traktorów, aby ci przestali kopać - dorzuca Czawdar.

Klęska urodzaju

Bułgaria wciąż ma w ziemi ogromne skarby. Znaleziona cztery lata temu na południu kraju 600-gramowa złota maska pogrzebowa trackiego króla sprzed 2400 lat wzbudziła podziw na całym świecie. Zeszłego lata archeolog, który odnalazł pierwszy taki skarb - Georgi Kitow - wykopał równie stare znalezisko. Niedawno zmarły Kitow, sam krytykowany za używanie ciężkiego sprzętu w czasie prac, tłumaczył, że pracował spychaczami, by uprzedzić szabrowników.

Ostatnią sensacją archeologiczną w sierpniu tego roku stał się w Bułgarii czterokołowy rydwan sprzed 1900 lat. Jedyny tak kompletny w Europie. Do tej pory znajdowano tylko szczątki podobnych pojazdów pozostawione przez imaniarów. Tym razem naukowcy byli pierwsi. Rydwan ocalał w jednym z ponad 10 tys. trackich grobowców. Mogił o kształcie kopca jest w Bułgarii tak dużo, że państwa nie stać na prowadzenie badań we wszystkich, część wynajmuje więc jako atrakcje turystyczne.

- Handel starożytnymi przedmiotami to u nas ważna gałąź przestępczości zorganizowanej. Nie gorszy biznes niż narkotyki - mówi rzecznik prokuratury okręgowej w Widyniu Władimir Wlaszew. - W Arczarze doszło do prawdziwej inwazji imaniarów, mimo że za ten czyn grozi do sześciu lat więzienia, a zgodnie z prawem wszystko, co wykopano z ziemi i jest pamiątką kultury, należy do państwa - tłumaczy prokurator.

W latach 2001-07 przed sądem w Widyniu toczyło się 240 spraw o nielegalne wykopaliska, ukarano 230 imaniarów, a 23 trafiło do więzień. Dostali od sześciu miesięcy do dwóch lat. Pozostali odrabiali swe winy w ramach robót publicznych lub płacili grzywnę. Widyń to jedyne miejsce w Bułgarii, gdzie z powodu skali takie przestępstwa oddzielnie się ewidencjonuje.

W sieć wpadają tylko płotki

W ubiegłym roku, gdy starożytne miasto zostało już zdewastowane, udało się wreszcie zwiększyć obsadę miejscowego posterunku policji z jednego do 14 funkcjonariuszy. Z pobliskiej drogi patrolują księżycowy krajobraz pozostawiony przez szabrowników. Tyle że pośród dwu-trzymetrowych gór piachu niewiele widać.

- Kiedyś to pole było równe jak stół. Teraz nie ma śladu po ogrodzeniu, a w głąb lepiej nie wchodzić. Pełno tu tuneli i żmij - ostrzega sołtys Giorgiew, gdy pośród ostów wielkości człowieka oglądamy miejsca po wykopaliskach.

Sołtys Arczaru cieszy się, że rabusiów jest trochę mniej niż kiedyś, ale ogólnie jest pesymistą. - Nawet jak kogoś złapią, to zanim podejdą, on wyrzuci łup w krzaki. Policjanci mogą mu najwyżej skonfiskować wykrywacz - tłumaczy. Niedawno policja zatrzymała 27-latka poszukującego skarbów w Ratiarii. Miał przy sobie typowy zestaw imaniara: wykrywacz metali, kilof i szpadel. Skarbu już nie miał, musieli go puścić wolno.

Rezolutny przyszły oficer Czawdar uważa, że kopaczy jest mniej tylko dlatego, że w ziemi niewiele już zostało. - Trzeba się strasznie napracować. Imaniarzy przerzucają się na okoliczne naddunajskie antyczne miasta - kwituje. A jest gdzie kopać, bo tylko wokół Widynia znajduje się 200 obiektów archeologicznych.

- Największy przemyt, jaki udaremniliśmy, to przewóz przez dwóch kierowców tira 5 tys. przedmiotów. Trzy najcenniejsze starożytne solnice eksperci wycenili na ok. 750 tys. euro. Niestety, zawsze łapaliśmy przestępców najniższego szczebla, po ich szefach ślad się urywał - mówi prokurator.

Nielegalny handel antykami wydobytymi w Bułgarii to żyła złota, a czarnemu rynkowi sprzyja jeszcze stare prawo z 1969 r., które w ogóle nie pozwala na istnienie legalnych prywatnych kolekcji sztuki starożytnej. Dopuszcza wyłącznie państwową własność. To czysta fikcja, bo wielu wpływowych Bułgarów ma powszechnie znane kolekcje. Starożytne monety zbiera między innymi Wasyl Bożkow ps. "Czaszka", król bułgarskiego hazardu i najbogatszy obywatel. Dziś buduje dla swej kolekcji muzeum w Sofii, bo tylko dzięki niemu będzie mógł je zalegalizować.

Prokurator Wlaszew z Widynia nie chce mówić o tym, gdzie cenne przedmioty trafiają po wywiezieniu z Bułgarii, ale archeolodzy i dziennikarze zajmujący się tematem przyznają, że najczęstszy szlak przerzutowy wiedzie przez Wiedeń do Niemiec. Rzymskie monety szczególnie często pojawiają się w monachijskich sklepach numizmatycznych.

Nostalgia imaniara

Domy imaniarskie w cygańskiej części Arczaru łatwo rozpoznać. Pośród rozwalających się chałup, te z białymi balustradami i nowymi elewacjami należą do szczęściarzy, którzy do dziś, choć oficjalnie bezrobotni, jeżdżą mercedesami. Ze smutkiem mówią, że za Todora Żiwkowa, komunistycznego przywódcy Bułgarii, żyło się im lepiej. Gdy rozmawiamy pod spożywczakiem, psioczą na swoich sąsiadów "Bułgarów". Linku, właściciel sklepu z grubym jak palec złotym łańcuchem na szyi, tak bardzo ich nie lubi, że na swoim domu wywiesił nie flagę Bułgarii, lecz Niemiec, skąd sprowadza samochody.

Cyganie o nielegalnych wykopkach nie chcą mówić, choć wielu z nich znalazło więcej "neronów" czy biżuterii niż ma w swoich ubogich zbiorach widyńskie muzeum, które raz okradziono i teraz swe najcenniejsze eksponaty trzyma w skarbcu i nikomu nie pokazuje.

Czawdar do dziś ma w domu kilka rzymskich pamiątek, w tym fragmenty starożytnych kolumn, marmurowe drobiazgi. Nie kryje się z nimi, ale wstydzi się, że był imaniarem. - Stracił na tym cały region. Mogliśmy mieć turystów i zarabiać latami, a teraz zostało nam rozkopane pole - zamyśla się.

To, co nie udało się w Arczarze, udaje się w Perperikonie, starożytnym mieście Traków w Rodopach. Od 2000 r. tamtejsze skarby odkrywa profesor Nikołaj Owczarow nazywany bułgarskim Indiana Jonesem. Pośród porośniętych lasami grzbietów górskich, jak przypuszczają archeologowie, mieściła się opisywana przez Herodota świątynia Dionizosa. Słynęła z wyroczni. Podobno co najmniej dwie tutejsze przepowiednie dotyczyły losów świata. Jedna była przeznaczona dla Aleksandra Wielkiego, który w Rodopach miał usłyszeć zapewnienie, że podbój Azji powiedzie się. Drugą otrzymał ojciec pierwszego cesarza rzymskiego Oktawiana Augusta, który tu dowiedział się, że jego potomek zapanuje nad światem antycznym.

Dziś Bułgaria zabiega o wpisanie Perperikonu na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Bez wizyty u wyroczni wiadomo, że ocalone przed imaniarami pozostałości trackiego miasta staną się atrakcją kraju. Na lata.