Dlaczego Baku boi się Moskwy

Po wojnie rosyjsko-gruzińskiej Azerowie obawiają się, że Kreml, który tolerował przyjaźń Baku z Zachodem i Wschodem, postawi ich przed wyborem: Z nami albo przeciwko nam.
Wojna w Gruzji i gniew Kremla na zabiegi Gruzinów o przymierze z Zachodem musiały utwierdzić rządzący Azerbejdżanem ród Alijewów w przekonaniu, jak słuszna była ich polityka równowagi między Zachodem i Wschodem.

Już uważany za założyciela azerbejdżańskiego państwa Hajdar Alijew, ojciec obecnego prezydenta, szczycił się, że starając się i zdobywając względy Zachodu, nie naraził jednocześnie Rosji, byłej kolonialnej metropolii. Sąsiadom z Gruzji to się nigdy nie udało i płacili za to najwyższą cenę - wojen, secesji zbuntowanych prowincji, chaosem i biedą. Nie poradził sobie nawet Eduard Szewardnadze znający jak mało kto Rosję i Kreml.

Stary Alijew, podobnie jak Szewardnadze, były komunistyczny i imperialny urzędnik, doskonale wiedział, że Azerbejdżan może podzielić gruzińską niedolę. Na początku lat 90., gdy w Baku rządził antyrosyjski prezydent Abulfaz Elczibej, Azerbejdżan też wstrząsany był rebeliami, a zamieszkana przez Ormian prowincja Górny Karabach wygrała wojnę secesyjną, i tak jak Abchazja czy Południowa Osetia, ogłosiła niepodległość.

Przewaga Azerbejdżanu nad Gruzją polegała m.in. na tym, że gdy ta druga praktycznie nie ma surowców, azerbejdżańskie wybrzeża Morza Kaspijskiego obfitują w złoża ropy. O ile Gruzja musiała się umizgiwać do Zachodu, Azerom wystarczyło, że przyjęli zachodnie zaloty.

Hajdar Alijew, a także Ilham Alijew, który jesienią 2003 r. objął po ojcu fotel prezydenta, sprzedawali pola naftowe zachodnim nafciarzom, ale zawsze pilnowali, by przy podziale skarbu nigdy nie pomijać nie tylko Rosjan, ale i innych sąsiadów - Irańczyków. Azerowie chętnie zbudowali rurociąg przez Gruzję i Turcję, którym kaspijska ropa pompowana jest w świat z pominięciem Rosji, ale by nie złościć Moskwy, część ropy posyłają innym rurociągiem - przez rosyjskie terytorium.

W przeciwieństwie do Gruzinów Azerowie nigdy nie prowadzili tak proamerykańskiej polityki. Gruzja popierała we wszystkim USA i nawet posłała 2 tys. najlepszych żołnierzy do Iraku. Alijewowie też posłali żołnierzy do Iraku i Afganistanu, ale odmawiali Amerykanom, ilekroć ci domagali się czegokolwiek, co mogłoby zostać uznane za antyirańskie.

Dyplomatyczna ekwilibrystyka Alijewów sprawiła, że do Baku chętnie zaglądali zarówno Amerykanie, jak i Władimir Putin czy irański przywódca Mahmud Ahmadineżad, a zasilany przez petrodolary Azerbejdżan stał się najbogatszym krajem na Zakaukaziu.

Łatwe zyski z ropy sprawiły jednak, że uzależniła się od nich azerbejdżańska gospodarka, a nagła dolarowa manna wywołała zarazę korupcji i stale rosnącą przepaść między bogaczami z Baku i biedakami z prowincji.

Przekształcony w naftowy szejkanat Azerbejdżan upodobnił się też politycznie do emiratów znad Zatoki Perskiej. Państwo zawłaszczył ród panujący i partia, prześladowana opozycja została zepchnięta na margines. Ale nie przeszkodziło to Waszyngtonowi przyjaźnić się z Azerami. Popierane przez USA "kolorowe rewolucje" zmiotły reżimy w Gruzji, Kirgizji i na Ukrainie. W Baku miejscowi "kolorowi rewolucjoniści", pozbawieni wsparcia USA, ponieśli rozpaczliwą klęskę.

Po wojnie rosyjsko-gruzińskiej Azerowie obawiają się, że Kreml, który tolerował ich przyjaźń z Zachodem i Wschodem, może postawić ich przed wyborem: Z nami albo przeciwko nam. Wyparcie się przyjaźni z Zachodem i jego koncernami pozbawi Azerów bogactwa, do którego przywykli. Ale niczego dobrego nie wynikałoby też z odrzucenia rosyjskiej "propozycji nie do odrzucenia". Sprowokowana nowa wojna o Górny Karabach mogłaby się zakończyć jedynie upokarzającą klęską azerbejdżańskiego wojska.

Byle pretekst może posłużyć do wywołania nowych rebelii Lezginów na północy kraju i Tałyszów na południu. Od kilku lat w Baku boją się buntu rosnących w siłę muzułmańskich radykałów, a i demokratyczna opozycja, rozczarowana Zachodem i jego przyjaźnią z satrapą Ilhamem Alijewem (za półtora miesiąca będzie ubiegał się o reelekcję), nie miałaby nic przeciwko temu, by wywołać przeciwko niemu uliczną rewolucję.