- To jest masakra. Pierwsze wagony są kompletnie zniszczone, ludzie wychodzą przez okna. Na miejscu jest mnóstwo służb ratunkowych, latają helikoptery - mówił reporter czeskiego dziennika "Mlada Fronta Dnes", który był na miejscu tragedii, jako jeden z pierwszych. Pięć godzin później Ewa Furtak z "GW" relacjonowała: - Nad Studenką rozszalała się burza. Pada deszcz z gradem Miejsce katastrofy wygląda koszmarnie. Stos wagonów, kupa złomu.
- Kiedy wjeżdżaliśmy do miasta na rogatkach stały patrole policji, które pilnowały, żeby wpuszczać tylko mieszkańców. Chcieli maksymalnie ograniczyć liczbę ludzi, którzy mogliby przeszkadzać w akcji ratowniczej - donosiła dziennikarka "Gazety".
Poczuliśmy szarpnięcie
Grzegorz Korzeniowski z Libiąża razem z grupą przyjaciół jechał na wycieczkę do Ołomuńca.
- Czuję się całkiem nieźle. Gdy doszło do wypadku, nie straciłem przytomności. Nagle coś szarpnęło, a dosłownie po sekundzie poczułem drugie uderzenie. Ludzie zaczęli spadać z foteli. Widziałem, że pociąg się rozpada na kawałki, jak z góry spada sufit, wali się ściana - mówi Korzeniowski.
Razem z nim jechali również inni studenci filologii czeskiej z Krakowa.
- Maszynista zaczął hamować, poczuliśmy szarpnięcie, słychać było zgrzyty, wagon był jak puszka po piwie, wszystko się gięło, wyrzuciło nas z siedzeń - opowiadają koleżanki Grzegorza, Anna Radwan i Anna Gaj z Krakowa.
Dziewczyny same wyszły z pociągu przez rozbitą szybę.
- Widziałyśmy jednak, że inni byli ciężko ranni. Nie wiemy nic o tym, co się stało z jedną z naszych koleżanek - mówią dziewczyny, które jechały w pierwszym wagonie składu, tym, który się wykoleił.
Obie trafiły do szpitala we Frydku Mystku. Tam lekarze opatrzyli im potłuczenia, dziewczyny odebrał ze szpitala Marek Gaj, ojciec Ani, który gdy dowiedział się o wypadku przyjechał razem z kolegą do Czech. Po wyjściu ze szpitala we Frydku Mystku, dziewczyny pojechały do szpitala w Ostrawie, by odwiedzić rannego Grzegorza.
- Córka dzwoniła do mnie już wcześniej, więc wiedziałem, że nic jej się nie stało. Mam nadzieję, że wszyscy inni ranni przeżyją.
"Wszędzie była krew"
Adrian, uczestnik wypadku relacjonował w TVN24: - Wszędzie dookoła była krew. Jechał w pierwszym wagonie, mówi, że to cud, że udało mu wyjść z tego wypadku niemal bez szwanku. Opowiada, że najpierw słychać było trzask, później pociąg przechylił się w lewo. - Kiedy opadł kurz, widziałem, że część osób jest uwięziona.
Wydostaliśmy się przez wybite okno z pociągu. Według niego akcja ratownicza była przeprowadzona bardzo sprawnie - pierwsi ratownicy pojawili się w ciągu 2-3 minut.
- Ludzie są w szoku, płaczą i krzyczą. To wygląda jak film katastroficzny - relacjonuje Andrea Czanova, reporterka Czeskiego Radia.
- Jechaliśmy w szóstkę - opowiada w rozmowie z reporterem "MFD" pasażer pociągu, Janusz Recman. - Akurat byliśmy w Warsie. Kiedy doszło do uderzenia, wszyscy wypadli z krzeseł.
Inna pasażerka podkreśla, że pociąg był pełen ludzi. - Przeżyłam i czuję, jakbym się na nowo narodziła. Wyszłam przez okno. Koło mnie siedziała starsza pani, strażacy musieli rozciąć blachy, żeby ją wyciągnąć - opowiada kobieta.
Do wypadku doszło dzisiaj około 10.30 rano w pobliżu miejscowości Studenka w północno-wschodnich Czechach. Pociąg Eurocity z dużą prędkością uderzył w zawalony most. Doszło do wykolejenia lokomotywy, pierwsze wagony zostały całkowicie zniszczone.