Białoruskie MSW przeprowadziło trzy rewizje w mieszkaniach opozycjonistów, a milicja wezwała dziesięciu działaczy opozycyjnych na przesłuchania. Powodem są podejrzenia o zorganizowanie zeszłotygodniowego zamachu w Mińsku, w którym rannych zostało ponad 50 osób.
Rewizje zostały przeprowadzone w mieszkaniach Niny Szydłowskiej, wiceprzewodniczącej zrzeszenia Backauszyczyna, demokratycznego działacza Mirosława Łazowskiego i Pawła Lechnowicza, lokalnego lidera ruchu O Wolność w Pińsku.
- Pokazano postanowienie prokuratury o rewizji w związku z podejrzeniami o udział w zamachu. Skonfiskowali komputer, notesy i inne nośniki informacji - powiedziała "Gazecie" Szydłowska.
- Powiedziano mi, że wszystkie komisariaty dostały rozporządzenie, żeby przesłuchać młodzieżowych aktywistów mieszkających na ich terenie - powiedział "Gazecie" jeden z przesłuchiwanych, 17-letni Iwan Szyła z Saligorska. Opozycjonista twierdzi, że przesłuchujący go milicjanci wprost przyznawali, że opozycjoniści nie mają nic wspólnego z terroryzmem, ale dostali rozkaz i muszą go wykonać.
- Władze rozpoczęły polowanie na czarownice - komentował "Gazecie" Alaksandar Milinkiewicz, jeden z liderów białoruskiej opozycji.
Ubiegłotygodniowy wybuch doprowadził też do zmian w białoruskiej władzy. Aleksander Łukaszenka zdymisjonował uważanego za człowieka nr 2 na Białorusi Wiktora Szejmana, szefa Rady Bezpieczeństwa, i Gienadzia Niewygłasa, szefa administracji prezydenta. Oficjalnym powodem są zaniedbania przy organizacji Dnia Niepodległości, które umożliwiły przeprowadzenie zamachu.
Eksperci prognozują teraz dalszy wzrost wpływów Wiktora Łukaszenki, starszego syna dyktatora, który jest doradcą prezydenta w sprawach bezpieczeństwa, a w ostatnich miesiącach konkurował o wpływy z Szejmanem.