Ustawa o mediach wprowadza rejestracje wszystkich białoruskich mediów internetowych (dotychczas jedynym obowiązkiem była rejestracja domeny). Ponadto wprowadza zakaz pracy dla zagranicznych mediów bez specjalnego zezwolenia MSZ oraz zakazuje rozprowadzania informacji mogących zaszkodzić interesom państwowym lub społecznym. W wypadku naruszenia ustawy ministerstwo informacji będzie mogło zamknąć gazetę lub stronę internetową.
Ustawa nie przewiduje żadnych sankcji wobec dziennikarzy, ale jak tłumaczą prawnicy, stanie się podstawą dla wprowadzenia zmian do odpowiednich w kodeksie administracyjnym. Prawdopodobnie za pracę bez akredytacji MSZ będzie groziła grzywna lub kilkunastodniowy areszt.
- Chodzi o zniszczenie resztek niezależnych mediów oraz o ustanowienie kontroli nad mediami internetowymi - mówi "Gazecie" Gary Paganiajła z Białoruskiego Komitetu Helsińskiego.
- Ustawa tworzy przeszkody dla rozwoju niezależnych mediów - oświadczył Miklos Harasti, pełnomocnik OBWE ds. wolności mediów. W imieniu OBWE apelował on do Rady Republiki o nieuchwalanie tej ustawy. Bez efektu.
Ustawa, nawet jak na warunki białoruskie, została przyjęta ekspresowo. Projekt trafił do parlamentu 17 czerwca i już po 11 dniach, w sobotę, Rada Republiki go uchwaliła - tylko jeden z 49 senatorów odważył się zagłosować przeciw.
Dlaczego Łukaszence tak zależy na tej ustawie, skoro najbardziej wpływowe media, czyli telewizja i radio, od początków jego rządów są pod kontrolą? W ciągu ostatnich sześciu lat władze zniszczyły większość niezależnych gazet, a te, które przetrwały, mają kilkutysięczne nakłady, ogromne problemy z dystrybucją, no i żyją w ciągłym strachu przed zamknięciem.
- Internet staje się alternatywą dla rządowej propagandy. Tam ukazują się najostrzejsze i najodważniejsze artykuły, które dziennikarze obawiają się drukować w gazetach - mówi Swietłana Kalinkina, naczelna największej niezależnej gazety "Narodnaja Wola", która od kilku lat drukuje pismo w Rosji, bo na Białorusi nie zgadza się na to żadna drukarnia.
Według ministerstwa łączności z internetu korzysta co trzeci Białorusin, a strony opozycyjne są znacznie popularniejsze niż prorządowe. Na przykład niezależny serwis Karta-97 ma średnio ponad 10 tys. odwiedzin dziennie, a na główny rządowy portal Białoruś Dzisiaj wchodzi 3 tys internautów, z których większość to obcokrajowcy.
- Łukaszenka docenił siłę internetu i szuka sposobów jego kontrolowania. Ta ustawa to jeden ze środków - mówi nam Anatol Labiedźka, lider opozycyjnej Zjednoczonej Partii Obywatelskiej.
- Władze chcą też mieć wpływ na informacje, które płyną z Białorusi. Stąd zakaz pracy dla zagranicznych mediów bez zgody MSZ - dodaje Mikoła Markiewicz z internetowej gazety "Pahonia".
Niepokój władz od dawna wzbudza działalność zagranicznych mediów, w tym nadających dla Białorusinów z Polski telewizji Biełsat oraz Radia Racja. póki nie są bardzo wpływowe - zgodnie z badaniami ośrodka NISEPI programy Biełsatu widziało 7,3 proc. Białorusinów, a Radia Racja słucha 4,7 proc.
Jednak znaczenie Biełsatu i Radia Racja powoli rośnie, o czym świadczy m.in. akcja KGB w marcu, gdy funkcjonariusze wtargnęli do ich redakcji oraz mieszkań dziennikarzy. Wtedy skończyło się na rewizji i konfiskacie komputerów i sprzętu. - Zdajemy sobie sprawę z zagrożenia, ale traktujemy pracę jako misję i nie poddamy się groźbom - powiedział "Gazecie" Jan Roman, dziennikarz Radia Racja.
Pośpiech, z jakim była przyjmowana ustawa, wiązano początkowo z zaplanowanymi na 28 września wyborami do parlamentu. Jednak ustawa o mediach uprawomocni się w pół roku po jej uchwaleniu, czyli po wyborach parlamentarnych. Zdaniem ekspertów pośpieszne ustawy wiąże się z innymi wyborami - zaplanowanymi na 2011 rok wyborami prezydenckimi. A Łukaszenka już zapowiedział, że znów wystartuje.
Politolog Walery Karbalewicz nie ma wątpliwości: - Niszcząc resztki wolnych mediów oraz próbując ustanowić kontrole nad internetem, Łukaszenka szykuje się do nowej kompanii prezydenckiej.
Ustawa leży na biurku Aleksandra Łukaszenki, i to on zdecyduje, kiedy się uprawomocni.