Kiedy sześć lat temu pożegnał się ze światem mody i odszedł na emeryturę, spekulowano, że skończyła się epoka. Rozdział, który Yves Saint Laurent napisał po swojemu, wyraziście i bez kompromisów. Przełamując konwenanse - jako pierwszy zatrudniał np. czarnoskóre modelki - i sposób myślenia o kobiecym ubraniu, projektant tworzył trendy na lata, nie tak jak dzisiejsi projektanci na sezon. Kiedy wczoraj odszedł na dobre, z ikony za życia stał się legendą.
Fot. AP
Yves Saint Laurent stoi przed witryną swego pierwszego magazynu na Bond Street w Londynie prezentujacego jego kolekcję w stylu safari, 10 września 1969 roku.
Yves Saint Laurent, jeden z największych projektantów mody XX wieku, zmarł w nocy z niedzieli na poniedziałek w Paryżu. Miał 71 lat. Największe triumfy święcił w latach 60. i 70. ubierając kobiety najpierw w smoking, później w trapezowe sukienki inspirowane obrazami Mondriana. Był prekursorem stylu safari, krótkich skórzanych kurtek, wysokich szpilek i przezroczystych bluzek. Wydobywał z kobiety kobiecość. Nigdy nie naiwnie. W tym właśnie tkwił jego sekret - nawet najbardziej odważne propozycje miały pewien szyk.
Kiedyś idealnie sam precyzował swój styl mówiąc: - Moda ma uczynić kobiety nie tylko piękniejszymi, ale także dodać im pewności siebie. Kreacje YSL szybko zyskały status dzieł sztuki. YSL był pierwszym żyjącym projektantem, któremu w 1983 r. zorganizowano wystawę w Metropolitan Museum of Art. Kolejne wystawy w petersburskim Ermitażu i w Pekinie stworzyły z niego kolejną po Monie Lizie i Catherine Deneuve (wieloletniej przyjaciółce i muzie projektanta) twarz francuskiej popkultury.
Indywidualne podejście do pracy i ludzi uczyniło projektanta jednym z najcieplej odbieranych ludzi pośród wyniosłego i snobistycznego światka mody. Niczego nie udawał, gołym okiem widać było pasję. Podporządkował jej całe swoje życie.
Czy świat mody coś traci? YSL od dawno już nie projektował, usunął się w cień bo stan zdrowia mu już na to nie pozwalał, a poza tym uważał, ze moda zrobiła się zbyt komercyjna. Co niby świat mody miałby stracić? Strata, jaką niesie z sobą śmierć YSL, tyczy czegoś znacznie większego niż nowe myśli i projekty. Obecność mistrza i legendy za życia zatrzymywała w powietrzu esencję prawdziwej mody. Mody-sztuki. Taki sam ciężar gatunkowy co Coco Chanel, Cristobal Balenciaga, czy Christian Dior - wielkie nazwiska mody, które ją skrystalizowały.
YSL stworzył jedną z największych światowych marek nie dzięki precyzyjnemu planowi marketingowego działania. Robił, co kochał i była w tym prawda. Stał się właśnie tego symbolem - wierności sobie. Ubrania YSL są pewne siebie. Każdy kto chociaż raz widział lub nosił ubrania YSL wie o co chodzi.
Metka z charakterystycznym logo jest do dziś jedną z najbardziej pożądanych na świecie. Co za tym idzie, również jedną z najdroższych. Po odejściu mistrza z firmy dzieło kontynuowane było najpierw przez Toma Forda, teraz przez Stefano Pillatiego. Obaj projektanci z należnym szacunkiem zawsze uwzględniali w swoich projektach esencje mistrza, wciąż firmowane jego nazwiskiem. Choćby dzięki temu duch YSL będzie się jeszcze długo unosił nad wybiegami.
Kim YSL był dla mnie? Skąd ta laurka? Był pierwszą postacią, która mnie zainspirowała i zafascynowała modą. Oczarowany jego światem postanowiłem robić, to co do dziś robię. Przedwczoraj kupiłem sobie okulary słoneczne YSL, coś mnie podkusiło. Z pewnością nie zaprojektował ich już osobiście mój guru, ale jego nazwisko wciąż jest wygrawerowane z boku.