Mugabe przegrał wybory w Zimbabwe

Opozycja wygrała zarówno sobotnie wybory prezydenckie, jak i parlamentarne, ale rządzący od prawie 30 lat prezydent Robert Mugabe nie zamierza oddać władzy.
Oficjalnych wyników wciąż nie ma. Niezależni obserwatorzy, którzy policzyli głosy w blisko 500 z ponad 9 tys. punktów wyborczych, oświadczyli wczoraj, że według nich prezydencką elekcję wygrał kandydat opozycji były związkowiec Morgan Tsvangirai. Zdobył jednak tylko 49,4 proc. głosów, a to oznacza, że będzie potrzebna druga runda. Panujący od 1980 r. Robert Mugabe dostał 41,8 proc. głosów. Gdyby wyniki te potwierdziła centralna komisja wyborcza, oznaczałoby to, że wyścig o prezydenturę rozstrzygnie dogrywka między Tsvangiraiem i Mugabem w połowie kwietnia. Mugabe nie chce jednak dogrywki, a AFP powołując się na działaczy rządzącej partii podała, że prezydent prędzej złoży urząd niż stanie do dogrywki, którą uważa za poniżej jego godności.

O wygranej Tsvangiraia i konieczności dogrywki w Zimbabwe zapewnili agencję Reuters dwaj przedstawiciele rządzącej partii ZANU. Według nich w pierwszej turze kandydat opozycji pokonał Mugabego 48-43.

Powołując się na źródła dyplomatyczne w Harare, londyńskie gazety "Guardian" i "Times" podały, że już nazajutrz po wyborach i wygranej Tsvangiraia Mugabe zwołał w swojej rezydencji sekretną, nocną naradę partyjnych dygnitarzy, najważniejszych ministrów oraz generałów wojska, policji i służb bezpieczeństwa.

Przywódcy ZANU byli przerażeni rozmiarami porażki Mugabego. Według anonimowych źródeł z komisji wyborczej Mugabe zdobył zaledwie 20 proc. głosów i przegrał nie tylko z Tsvangiraiem, który dostał ponad połowę głosów, ale także z byłym ministrem finansów Simbą Makonim. Ani myśląc oddawać władzę, Mugabe proponował, że tak jak w poprzednich, również przegranych wyborach w 2002 r., natychmiast ogłosi się zwycięzcą, a w razie ulicznych protestów opozycji do akcji wkroczy wojsko oraz policja i wprowadzi się stan wyjątkowy. Dworzanie Mugabego odwiedli go od tego pomysłu, przekonując, że aż tak bezczelne oszustwo nie ujdzie tym razem na sucho.

Rządząca ekipa postanowiła jedynie opóźniać ogłoszenie wyników wyborów i podawać je tak, by wpierw dawały niewielką wygraną opozycji, a ostatecznie zakończyły się remisem i koniecznością prezydenckiej dogrywki. Zwłoka sprawiłaby, że opadłyby powyborcze emocje, a obóz Mugabe zyskałby czas na wymyślenie, jak w drugiej turze pokonać Tsvangiraia.

Wydarzenia po wyborach zdają się potwierdzać ten scenariusz. W środę ogłoszono zaledwie połowę wyników - wygrywa minimalnie opozycyjny Ruch na rzecz Demokratycznej Zmiany.

Fałszowanie wyborów w tym roku jest dużo trudniejsze, bo pod naciskiem sąsiedniej RPA zimbabweńscy przywódcy pochopnie zgodzili się, by głosy liczyć już w wyborczych lokalach, a wyniki wywieszać niezwłocznie na drzwiach. Opozycja nie tylko na własną rękę zsumowała wyniki z lokali wyborczych, ale sfotografowała też wywieszone na nich protokoły.

Bezkarnie sfałszować elekcję da się tylko na dotkniętej powodziami północy kraju, gdzie do wielu wyborczych lokali nie dotarli ani przedstawiciele opozycji, ani niezależni obserwatorzy z aparatami fotograficznymi i notatnikami. Jeszcze przed wyborami opozycja lamentowała, że na listy wyborców na północy kraju wpisanych zostało ponad milion "martwych dusz". Właśnie po to, by w razie czego posłużyć się nimi i sfałszować wybory.

Gdyby rzeczywiście doszło do prezydenckiej dogrywki, Tsvangirai mógłby w niej liczyć na głosy zwolenników Simby Makoniego. Mugabe i jego dworzanie mieliby zaś dwa tygodnie na to, by posłać do boju cieszące się najgorszą sławą bojówki z partyjnej organizacji młodzieżowej i weteranów wojny partyzanckiej z lat 70.

W 1999 r., kiedy Mugabe jedyny raz poniósł oficjalną porażkę wyborczą i przegrał referendum w sprawie zmiany konstytucji, sięgnął właśnie po nich, by sterroryzować niepokornych poddanych i rozbić opozycję, która nigdy nie potrafiła przekonać Zimbabweńczyków do ulicznej rewolucji.

Skomentuj:
Mugabe przegrał wybory w Zimbabwe
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX