Chiński smok na ziemi mnichów

Robert Kowalik, Gazeta.pl
19.03.2008 , aktualizacja: 20.03.2008 16:55
A A A Drukuj
Mnich tybetański pobity przez policję podczas zamieszek w Katmandu Fot. BRIAN SOKOL NYT Mnich tybetański pobity przez policję podczas zamieszek w Katmandu
Dalajlama przeżywa właśnie trudne chwile, nie tylko z powodu śmierci swoich rodaków. Jego polityka porozumienia z potężnym sąsiadem oraz akceptacji chińskich zdobyczy cywilizacyjnych właśnie bierze w łeb. Nowymi drogami i linią kolejową do jego kraju jak do nowej kolonii przybywa coraz więcej Chińczyków, a wraz z nimi same Chiny. Tybet protestuje, bo coraz mniej w nim Tybetu. Nie zanosi się na to, by olimpiada powstrzymała Chińczyków, którzy zamiast demokratyzacji obiecują Tybetowi krew i ogień.
W stronę Tybetu oraz sąsiednich prowincji suną gigantyczne kolumny ciężarówek z żołnierzami - donoszą zachodni dziennikarze w Chinach. Rządowa agencja Xinhua przyznała, że choć w Lhasie jest spokój, to protesty Tybetańczyków rozszerzają się na inne regiony.
Fot. Greg Baker AP
W stronę Tybetu oraz sąsiednich prowincji suną gigantyczne kolumny ciężarówek z żołnierzami - donoszą zachodni dziennikarze w Chinach. Rządowa agencja Xinhua przyznała, że choć w Lhasie jest spokój, to protesty Tybetańczyków rozszerzają się na inne regiony.
Tybetańczycy palą rowery i motocykle należące do Chińczyków
Fot. Jonathan Brady AP
Tybetańczycy palą rowery i motocykle należące do Chińczyków
Zobacz jak walczą mnisi w Tybecie

Tybet ma tego pecha, że wchodzi w skład jednego z najpotężniejszych państw świata. Nie jest Kosowem, a amerykański prezydent nie zbombarduje Chin, tak jak kiedyś Jugosławię. Wiedzą o tym sami Tybetańczycy, dla których niepodległość to mrzonka. Wszystko czego chcą, to poszanowanie odrębności ich kultury i przerwanie procesu wynaradawiania Tybetu. Chcą, zgodnego z ich religią, spokojnego życia w ramach obiecanej autonomii. Zamiast chleba mają jednak igrzyska. Wybrali dobry moment na protest, bo po olimpiadzie nikt o Tybecie nie będzie pamiętał.



Czołgi na klasztory

W Tybecie, w którym trudno odróżnić religię od życia, wszystko zaczyna się i kończy w klasztorach. To one są ostoją tradycji, rządem i uniwersytetem. Dlatego, kiedy 10 marca na ulice wyszli mnisi z klasztorów Sera i Drepung w Lhasie wiadomo było, że muszą mieć poważny powód. Bo w filozofii buddyjskiej jest tak, że mnich prędzej dokona samospalenia niż rzuci w kogoś kamieniem. Mnisi wzywali do uwolnienia braci, których aresztowano rok temu za radowanie się z medalu Kongresu USA dla Dalajlamy. Pokojowe początkowo demonstracje w 49. rocznicę krwawego stłumienia tybetańskiego powstania przeciwko Chinom przerodziły się w zamieszki, kiedy dołączyli do nich mieszkańcy stolicy, ośmieleni początkowo bierną reakcją policji. W końcu 11 marca Chińczycy użyli najpierw gazów łzawiących, a dwa dni później broni palnej. 13 marca policja aresztowała 500 studentów z Tibet University.



Powtarzające się przez kilka dni wystąpienia, które przeniosły się też na inne miasta i regiony zamieszkane przez Tybetańczyków, były brutalnie tłumione. W Lhasie pod koniec ubiegłego tygodnia pojawiły się nawet czołgi. Świadkowie opowiadają, że strzelano do tłumu ostrą amunicją, a na ulicach leżały dziesiątki ciał. Tybetański parlament na uchodźstwie mówi o blisko setce ofiar i wielu rannych. Klasztory otoczono kordonami wojska, przeprowadza się rewizje, przeszukuje dom po domu. W Lhasie panuje strach, przez miasto przejeżdżają w wolnym tempie ciężarówki z więźniami - donoszą agencje. W nocy z 15 na 16 marca upłynęło ultimatum władz nakazujące osobom, które wzięły udział w proteście, oddać się w ręce policji. Tym, którzy się zgłoszą, władze obiecały wybaczyć nieposłuszeństwo, ale złapanym po ultimatum zagroziły surowymi karami. Nie wiadomo, czy ktoś sam przyszedł na policję, ale więzienia już pękają w szwach.

Zniszcz chiński rower

Z odciętego od świata Tybetu dochodzą tylko skąpe informacje, a turyści sa zawracani z lotnisk. Jednemu z nich udało się jednak nagrać film, który pokazała telewizja ABC. Chińczycy przyznają się do kilkunastu ofiar, które miały zginąć z rąk demonstrantów określanych tradycyjnie w takich przypadkach wichrzycielami i chuliganami. Zapowiadają ostry kurs wobec zwolenników niepodległości Tybetu. - Prowadzimy walkę na śmierć i życie z kliką Dalajlamy - oświadczył Sekretarz Komunistycznej Partii Chin w Tybecie Zhang Qingli - jej wynikiem będzie krew i ogień. - Ostatnie manifestacje to dowód desperacji Tybetańczyków. Za udział w proteście w Tybecie grożą drakońskie kary. Przeciętna długość wyroku wynosi 11 lat - mówi Adam Kozieł z Fundacji Helsińskiej.

Tybet ma dość. Pokojowo nastawiony Dalajlama przyznał, że jego naród "cierpi prześladowania i nieludzkie traktowanie, jest zmuszony żyć w ciągłym strachu, ucisku i stanie podejrzenia w wyniku chińskich represji". Jego paktowanie z Chińczykami o autonomii nie przyniosło spodziewanych efektów, za co krytykują go młodzi radykałowie. Mimo przelanej krwi, wciąż chce spotkać się z przywódcami Chin, w tym z prezydentem Hu Jintao. Przeciwnie. Tybetańczycy we własnym kraju traktowani są obywatele drugiej kategorii. Bo ekspansja Chin dzieje się - poza urzędami, policją i wojskiem - przede wszystkim na polu ekonomicznym. Bogatsi Chińczycy chcą na siłę ucywilizować Tybet, ale tak naprawdę traktują go jako swoje dominium i ziemię obiecaną. Zbudowali lotniska, drogi i połączenia kolejowe, przejęli handel. Nieprzypadkowo gniew tłumu skupiał się właśnie na chińskich sklepach, motocyklach, a nawet rowerach.

Rogge jest zadowolony

Świat ogranicza się do półoficjalnych protestów i... przygotowuje się do Igrzysk Olimpijskich. Rządy zastanawiają się jak potraktować problem tybetański, tak, by nie drażnić Chin i nie popsuć kontaktów gospodarczych. Bojkotu igrzysk nie ogłosi Unia, o czym jasno powiedzieli ministrowie sportu UE oraz rzecznik niemieckiej kanclerz Angeli Merkel. Unia Europejska nie pójdzie na razie dalej niż amerykańska szefowa dyplomacji Condoleezza Rice, która w drodze do Moskwy wezwała Pekin, by podjął rozmowy z Dalajlamą. Ten wciąż wierzący w filozofię "drogi środka" również nie wezwał do bojkotu sierpniowych igrzysk w Pekinie. Krytykowany za długie milczenie papież Benedykt XVI w końcu wypowiedział się o sytuacji w Tybecie. - Przemocą nie rozwiązuje się problemów, tylko się je pogarsza - powiedział.

Międzynarodowy Komitet Olimpijski, który przed siedmioma laty przyznał organizację igrzysk Pekinowi - choć już wtedy wiedziano nie tylko o Tybecie, ale i o Falun Gong, Ujgurach i nagminnym wykonywaniu kary śmierci - tłumaczy swoją decyzję chęcią demokratyzacji Państwa Środka. Kiedy już wiadomo, że na niewiele to się zdało, nie potrafi przyznać się do błędu. Za to przewodniczący MKOl Jacques Rogge wyraził zadowolenie, że żaden rząd nie wzywa do bojkotu olimpiady z powodu sposobu, w jaki władze chińskie rozprawiły się z ostatnimi protestami w Tybecie. - Nie było absolutnie żadnych apeli o bojkot i żadne nie miały miejsca ze strony rządów. Bardzo dodało nam otuchy stanowisko Unii Europejskiej i najważniejszych rządów na świecie, które niemal jednogłośnie powiedziały, że bojkot nie będzie rozwiązaniem - powiedział Rogge. Podobnie Komisja Europejska uznała, że bojkot igrzysk nie byłby "właściwym sposobem" zareagowania na problem łamania przez Chiny praw człowieka w Tybecie.

Politycy chcą Dalajlamy...

Donald Tusk pytany, czy będzie wyzwał ministrów, by nie pojawili się na otwarciu olimpiady odparł, że jest pierwszym premierem, który powiedział, że nie wybiera się na otwarcie olimpiady. - Jeśli oczekujecie państwo ode mnie, że stanę na czele krucjaty antychińskiej, to rozczaruję was - oświadczył. Chętnie jednak spotka się z Dalajlamą. Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz wysłał wczoraj oficjalne zaproszenie do duchowego i politycznego przywódcy Tybetu. Z kolei wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski chciałby, aby Dalajlamę zaprosił cały Sejm - jego propozycję rozważa marszałek Bronisław Komorowski. Paweł Kowal z PiS mówi zdecydowanie - Ja bym do Pekinu nie pojechał - Podkreśla jednak, że jest zwolennikiem, by w podobnych sytuacjach polskie władze mówiły jednym głosem. Poseł Andrzej Halicki powiedział portalowi gazeta.pl, że nie wyobraża sobie, by znaleźli się parlamentarzyści, którzy w obecnej sytuacji udali się do Chin.

Protesty pojawiły się w kilku polskich miastach. Akcja zbierania podpisów pod listem do ambasady Chin, którą zainicjowało opolskie stowarzyszenie "Horyzonty", ruszyła też w wielu ośrodkach akademickich w kraju, m.in.: Warszawie, Łodzi, Toruniu, Katowicach, Wrocławiu i Krakowie. Gdy w rzeszowskiej hali na Podpromiu rozpoczynał się mecz piłki ręcznej kobiet między reprezentacjami Polski i Chin, przed halą odbywała się pikieta zorganizowana przez stowarzyszenie "KoLiber". Mnożą się publikowane w prasie apele i wysyłane do ambasady Chin listy protestacyjne Ze strony ambasady zniknęła wczoraj zakładka poświęcona prawom człowieka, wyparowały również teksty na temat Tybetu.

...a sportowcy olimpiady

Przed wielkim dylematem stoją sportowcy. Z jednej strony nie popierają łamania praw człowieka, z drugiej nie po to trenowali przez wiele lat, by teraz zrezygnować z olimpiady. Tyczkarka Monika Pyrek skłania się raczej do bojkotu produktów "made in china" niż samej olimpiady. - Ideę wycofania się z ceremonii otwarcia igrzysk uważam za wartą rozważenia - mówi Grzegorz Tkaczyk, kapitan reprezentacji piłkarzy ręcznych. Ale już sztangista Szymon Kołecki uważa, że należy dać Chińczykom szansę. - Może olimpiada coś zmieni? - zastanawia się. Tymczasem prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski powiedział, że sportowcy manifestujący swoje przekonania polityczne podczas Igrzysk Olimpijskich w Pekinie muszą się liczyć z dyskwalifikacją. - - Karta Olimpijska i regulamin igrzysk nie pozwala na demonstrowanie w sposób zewnętrzny swoich przekonań w czasie igrzysk na obiektach olimpijskich (...) Karta jest nieubłagalna, grożą dyskwalifikacje. I żeby to nie był nie wiadomo jaki kandydat do złotego medalu, poniesie konsekwencje - powiedział Nurowski. Zaledwie przed trzema tygodniami mówił co innego: - Polscy sportowcy, którzy wystąpią w igrzyskach olimpijskich w Pekinie (8-24 sierpnia), nie będą w żadnym stopniu ograniczani w wypowiadaniu swojego zdania. Mają pełną swobodę. Bez sensu jest wprowadzać jakieś zakazy. Zawodnicy bez żadnych późniejszych konsekwencji będą mieli pełne prawo mówić to, co myślą - powiedział prezes PKOl.

Wśród sportowców zagranicznych również nie słychać jakichś spektakularnych oświadczeń, a Brytyjski Komitet Olimpijski zabronił wręcz wypowiadania się w na temat praw człowieka w Chinach . "Nie będę wypowiadać się w żadnej politycznie drażliwej kwestii" - taką deklarację mieli podpisać brytyjscy sportowcy przed wyjazdem na olimpiadę do Pekinu. Kto nie podpisze, nie jedzie. Kto podpisze i coś piśnie - wyleci z igrzysk. Brytyjskie media od razu zauważyły, że podobnie było tylko raz w historii. W 1936 roku w Berlinie.

Choć nie można wykluczyć, że po rezygnacji kilku znanych nazwisk, przyłączą się następne, to na razie jedyną znaną osobą, która zrezygnowała z Pekinu jest Steven Spielberg, który miał reżyserować ceremonię otwarcia. Jeśli sprawdzą się zapowiedzi sportowców, którzy zbojkotują ceremonię, albo co najmniej pomachają na niej tybetańską flagą, Chińczykom przyda się naprawdę dobry reżyser, by pokazać światu swoją drugą twarz.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów