Hiszpania przeżywa koszmarną powtórkę z historii

Tym razem to nie al Kaida, lecz baskijscy terroryści uderzyli tuż przed wyborami parlamentarnymi. Wstrząśnięci politycy natychmiast przerwali kampanię wyborczą i potępili terror.
Wszyscy się tego bali, ale mieli nadzieję, że się nie powtórzy. Niestety, w piątek o 13.30 samotny zamachowiec postrzelił w miasteczku Mondragon w hiszpańskim Kraju Basków byłego socjalistycznego radnego. Isaias Carrasco po kilkunastu minutach zmarł w szpitalu. Nie miał ochrony, bo z niej zrezygnował. Osierocił troje dzieci.

Równo cztery lata temu, również na kilkadziesiąt godzin przed wyborami, islamscy terroryści zdetonowali bomby w podmiejskich pociągach. Zabili 191 osób. Tamta masakra była wymierzona w rządzącą prawicę - miała to być kara za wysłanie przez rząd Josemarii Aznara wojsk do Iraku.

I rzeczywiście - wyborcy ukarali prawicę, oddając władzę socjalistom, oni zaś natychmiast wycofali hiszpańskich żołnierzy z Iraku.

Teraz sytuacja się odwróciła. To socjalistyczny premier Jose Luis Zapatero został ukarany przez ETA za fiasko negocjacji, które przez dwa lata prowadził w sekrecie z terrorystami walczącymi o oderwanie Kraju Basków od Hiszpanii i Francji. ETA ostatecznie rozmowy zerwała. A opozycja i spora część społeczeństwa gwałtownie krytykowały rząd za układanie się z baskijskimi separatystami i terrorystami.

Wczorajsze zabójstwo Isaiasa Carrasco stało się tematem dnia, ale madrycka ulica nie wstrzymała oddechu jak cztery lata temu, choć wieczorem na stołecznym placu Kolumba miał się odbyć wielki wiec przeciw terroryzmowi.

Zamach natomiast wstrząsnął politykami. Ci, którzy protestowali przeciw tajnym rokowaniom rządu z ETA oraz nacjonalistami baskijskimi i katalońskimi, z trudem się powstrzymują, by nie krzyknąć: Zapatero, doigrałeś się! Do tego prowadzi paktowanie z diabłem.

Zwolennicy socjalistycznego rządu z duszą na ramieniu wyglądają niedzieli - byle tylko nie przydarzyło nam się to samo co cztery lata temu, kiedy masakra na dworcu Atocha wytrąciła prawicy władzę z rąk.

Wczoraj nikt jednak nie odważył się komentować morderstwa z Mondragon. Przywódca prawicowej opozycji Mariano Rajoy powstrzymał się od wykorzystania zamachu przeciw rządowi. Stwierdził tylko, że "jedyną drogą jest pokonanie terrorystów za pomocą prawa i policji. ETA musi porzucić wszelkie nadzieje na osiągnięcie swoich celów".

Nikt nie próbował też wczoraj w Hiszpanii przewidywać, czy i tym razem wyborcy w ostatniej chwili odwrócą się od partii rządzącej. Julian Santamaria, politolog z madryckiego Uniwersytetu Complutense, powiedział jednak agencji Reuters, że zamach może spowodować poważne zwiększenie frekwencji w niedzielę.