Chavez nie jest już największy

Prezydent Wenezueli Hugo Chavez przegrał referendum, poprzez które chciał wprowadzić dyktaturę.
Najgłośniejszemu współczesnemu populiście nie udało się zdławić demokracji za pomocą demokracji.

Po dziewięciu latach awanturniczych rządów, dziesięciu wygranych wyborach i plebiscytach Chavez zapragnął koronacji na imperatora. Postanowił uszczęśliwić Wenezuelczyków nową konstytucją, w której zapisał, że będzie miał władzę absolutną i użyje jej do zadekretowania socjalizmu. Za który naród powinien chcieć umrzeć.

W kampanię wprzągł całe państwo, media publiczne, kohorty fanatyków. Rzucił na przynętę miliardy dolarów z ropy naftowej, które są źródłem jego niezwykłej potęgi.

Nie udało się. Przeciwnicy dyktatury minimalnie wygrali. Przeciw było ponad 4,6 mln Wenezuelczyków, za - blisko 4,5 mln. Od Chaveza odwróciły się 3 mln zwolenników, którzy poparli go rok temu w wyborach prezydenckich - wtedy miał ponad 7 mln głosów.

Aż 7 mln obywateli zostało w domach.

Chavez przegrał, bo jego rządy są nieustanną awanturą i wojną przeciw wrogom w kraju i za granicą, imperialistom, oligarchom, spiskowcom. Przegrał, bo jego polityka naftowej monokultury, państwowego rozdawnictwa i kupowania poparcia nie likwiduje strukturalnej biedy, bezrobocia. Przeciwnie - przynosi rządową kontrolę cen, kolejki po mleko, ryż i papier toaletowy, 20-proc. inflację, ogromną korupcję i wszechobecną przestępczość. Przegrał, bo tego permanentnego stanu zimnej wojny domowej coraz więcej Wenezuelczyków ma dość.

Ale Chavez może rządzić do 2013 r. Ma i tak ogromną władzę - podporządkował sobie rząd, parlament, aparat sprawiedliwości i media. I z pewnością się nie podda.

Teraz demokracja wenezuelska musi znaleźć sposób, by ukrócić jego zapędy i sprawić, by rządził jak najkrócej. A potem naprawiać spustoszenia, jakie po sobie pozostawi.