Wenezuelczycy powstrzymali Chaveza

Wenezuelczycy nie zgodzili się, by prezydent Hugo Chavez został samowładnym despotą z ich woli. Wielki populista przegrał swoje pierwsze wybory od 1998 r.
Radość, która wybuchła o 1.15 w nocy z niedzieli na poniedziałek w sztabie ruchu studenckiego, niemal dźwignęła sufit salonu przy ulicy Castellana. Po wielu dniach coraz brutalniejszych napaści Chaveza na przeciwników i godzinach napiętego oczekiwania na komunikat komisji wyborczej setki młodych ludzi dało upust uldze, że prezydentowi nie udało się zostać dyktatorem. Wzniesione ramiona setek ludzi, ogłuszający krzyk, łzy w oczach młodych ludzi, a zaraz potem żywiołowe odśpiewanie hymnu narodowego świadczyły, jak bardzo bali się kolejnego triumfu populisty. Na mocy nowej konstytucji Chavez zamierzał przejąć władzę absolutną i ustanowić w kraju socjalizm.

Po sześciu godzinach zmagań z elektronicznym systemem liczenia głosów, który jeszcze kilka godzin wcześniej sam Chavez oraz przewodnicząca komisji uznali za najlepszy na świecie, okazało się, że "nie" zwyciężyło z blisko 51 proc. głosów nad "tak", które uzyskało ok. 49 proc.

Narady z armią

Natychmiast po ogłoszeniu wyników Chavez uznał porażkę w wystąpieniu transmitowanym przez wszystkie kanały telewizji. Nie wiadomo tylko było, czy to prezydent czekał na wyniki z komisji, czy posłuszna komisja czekała z ich ogłoszeniem, aż Chavez pogodzi się z klęską.

Do ostatniej chwili od mężów zaufania opozycji spływały wyniki świadczące o wyraźnej kilkuprocentowej przewadze "nie". Zniecierpliwieni politycy opozycji co chwilę żądali w TV niezwłocznego ogłoszenia ich przez komisję wyborczą, a oddziały policji i watahy zwolenników Chaveza na motocyklach czyhały na ulicach miast na najmniejszą próbę demonstracji przeciwników prezydenta.

Chavez, który nigdy jeszcze nie przegrał głosowania, od kiedy objął władzę w 1998 r., przez wiele godzin naradzał się z najwyższymi oficerami i rządem. Odwołał konferencję prasową, a sprzed jego pałacu Miraflores zniknęła trybuna, z której miał ogłosić swój największy jak dotąd triumf. Przywódcy opozycji i sztab ruchu studenckiego z duszą na ramieniu czekali, czy prezydent nie wprowadzi stanu wyjątkowego.

Stopniowo z ulic Caracas znikały jednak hordy trąbiących klaksonami motocyklistów. Wreszcie Chavez z poważnym obliczem oświadczył, że opozycja wygrała.

Wielu nie wierzyło własnym oczom. Bo Chavez referendum zmienił w plebiscyt na temat swojego przywództwa. Kampanię poprowadził jak wojnę, zastraszając przeciwników, których lżył jako zamachowców, spiskowców, oligarchów i lokajów USA. Groził im pogromem i szczuł na nich swoich fanatycznych zwolenników.

Ale nie byłby sobą, gdyby od razu nie ostrzegł opozycji, by nie triumfowała nadmiernie, bo jej zwycięstwo jest "pyrrusowe". Zapowiedział, że ze swych "śmiałych" planów ustanowienia socjalizmu i własnego samodzierżawia nie rezygnuje oraz "nie zmieni w nich ani przecinka". Bo "walka zapowiada się jeszcze długa". I zacytował sam siebie sprzed 15 lat: - Nie daliśmy rady. Na razie!

Zapragnie odwetu

Te buńczuczne słowa, wypowiedziane wówczas przez pojmanego młodego pułkownika, któremu właśnie nie udało się obalić w zamachu stanu prezydenta Carlosa Andresa Pereza, dały początek niebywałej popularności i karierze Chaveza. Miliony biednych Wenezuelczyków rozczarowanych skorumpowaną demokracją tradycyjnych elit uznały go za wybawcę.

Sześć lat później ułaskawiony puczysta, już bez munduru, wygrał zdecydowanie wybory prezydenckie i rozpoczął coraz bardziej autokratyczne rządy, których zwycięstwo w niedzielnym referendum miało być ukoronowaniem.

Przywódcy opozycji, choć tryskali entuzjazmem, wiedzą, że ranny autokrata zapragnie odwetu, i nie chcą pognębienia Chaveza. Pokonany w zeszłorocznych wyborach prezydenckich Manuel Rosales oraz przywódca nowej partii opozycyjnej Un Nuevo Tiempo Leopoldo Lopez wezwali Wenezuelczyków do pojednania narodowego. Studencki przywódca Freddy Guevara nawoływał: - Wenezuelczycy muszą przestać bić się między sobą!

Największy intelektualny autorytet opozycji Teodoro Petkoff mówił: - Naród wysłał sygnał: Dość podziałów. Dość obrażania przeciwników prezydenta jako lokajów, puczystów, glist i wężów! Wszyscy jesteśmy Wenezuelczykami.

Gen. Raul Baduel, były minister obrony Chaveza, który podczas puczu sprzed pięciu lat ocalił prezydenta od obalenia, a kilka tygodni temu przystał do opozycji, oświadczył pojednawczo, że w niedzielę nie było pokonanych i zwycięzców. Ale ostrzegł, by Chavez nie próbował teraz wprowadzić w życie swoich despotycznych planów z pomocą nadzwyczajnej władzy dekretowania, jaką rok temu przyznał mu opanowany całkowicie przez jego zwolenników parlament.

Czy Chavez i tak wkrótce przeprowadzi zmiany dające mu dyktatorską władzę?
Skomentuj:
Wenezuelczycy powstrzymali Chaveza
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX