Wenezuela wybiera: demokracja albo Chavez

- Ja już nie jestem sobą! Ja to naród! I jak naród powie, że mam zamiatać ulice przez 20 lat, to będę zamiatał! A jak powie, że mam rządzić do roku 2050, to będę rządził! - krzyczał Hugo Chavez do kilkusettysięcznego tłumu zwolenników na ostatnim wiecu przed niedzielnym referendum konstytucyjnym
Stawka niedzielnego referendum nie mogła być większa. Po dziewięciu latach coraz bardziej autorytarnych rządów Hugo Chavez, który doszedł do władzy w 1998 r. na gruzach skorumpowanej petrodemokracji, postanowił ostatecznie zostać samordzierżcą.

Ja, Największy

Hugo Chavez raczej nie zostanie zamiataczem ulic. Już kontroluje wszystkie organy władzy i może rządzić dekretami. Ale kilka miesięcy temu podyktował posłusznemu parlamentowi poprawki do swojej własnej konstytucji z 1999 r., które ustanawiają samowładną dyktaturę prezydenta i wskazują, że jego celem będzie zbudowanie w Wenezueli socjalizmu.

W niedzielę 16 mln zarejestrowanych wenezuelskich wyborców miało zatwierdzić 69 nowych i poprawionych artykułów tej konstytucji. Wyniki referendum miały zostać ogłoszone w nocy z niedzieli na poniedziałek czasu polskiego.

Jeśli Wenezuelczycy zatwierdzą nową konstytucję, prezydent dostanie m.in. możliwość wprowadzania zmian w podziale administracyjnym kraju, prawo mianowania nowych organów władzy i wyłączne prawo dysponowania rezerwami finansowymi kraju.

Nowa konstytucja zniesie autonomię banku centralnego. Chavez będzie mógł ustanawiać własność państwową i społeczną, wywłaszczać prywatnych właścicieli, arbitralnie awansować i degradować podoficerów i oficerów w armii, która z mocy prawa ma się stać armią antyimperialistyczną, oraz znieść autonomię uniwersytecką.

Będzie mógł ogłaszać stan wyjątkowy i zawieszać bezterminowo swobody obywatelskie włącznie z prawem do uczciwego procesu. Będzie miał prawo do nieograniczonej liczby siedmioletnich kadencji prezydenckich, co przy rosnącym monopolu medialnym państwa oraz przejęciu przez prezydenta władzy sądowej i ustawodawczej oznacza dożywotnią dyktaturę.

W zamian za całą władzę dla siebie Chavez skróci dzień roboczy z ośmiu do sześciu godzin, ale sześć tak zaoszczędzonych godzin z tygodniowego czasu pracy Wenezuelczycy będą musieli poświęcić na "integralny rozwój swych osobowości", czyli na prace społeczne lub szkolenia ideologiczne. Celem szkolnictwa będzie formowanie nowego człowieka na miarę socjalizmu XX wieku. Prawo do świadczeń społecznych uzyskają też wszystkie wolne zawody.

Opozycja, dotąd rozbita i skłócona, zmobilizowała się jak nigdy dotąd przeciw dyktatorskim zapędom Chaveza. Na jej czele stanęły po raz pierwszy nie partie polityczne czy związki zawodowe, lecz ruch studencki, który wybuchł z niespodziewaną mocą pół roku temu, gdy Chavez zamknął jedyną niezależną prywatną stację telewizyjną o ogólnokrajowym zasięgu.

Do głosowania "nie" wzywał także Kościół katolicki. Przeciw Chavezowi wystąpił najwierniejszy do niedawna jego sojusznik w armii, były minister obrony gen. Raul Baduel, który nazwał reformą konstytucji zamachem stanu. Od kilku dni do głosowania "nie" wzywała była małżonka Chaveza Marisabel Rodriguez, która przeprosiła rodaków za to, że brała udział w budowaniu jedynowładztwa byłego męża.

Nienawiść i wojna

Niezwykła mobilizacja opozycji sprawiła, że po raz pierwszy od dziewięciu lat Hugo Chavez nie mógł być pewny zwycięstwa.

Ostatnie sondaże wskazywały, że większość obywateli jest przeciwna nowej konstytucji. Badania pokazywały, że im więcej ludzi pójdzie głosować, tym mniejsze Chavez ma szanse na zwycięstwo. Ostatni sondaż zamknięty 30 listopada, ale nieopublikowany ze względu na ciszę wyborczą, dawał zwolennikom "nie" przewagę 55 do 44 proc.

Sam Chavez zrobił wszystko, by Wenezuelczycy nie wiedzieli, na co naprawdę głosują. W służbę kampanii wyborczej zaprzągł aparat państwowy i budżet państwa. Prawie nikt z pytanych przeze mnie na ulicach Caracas zwolenników Chaveza nie czytał 69 rozwlekłych, mętnych i napisanych trudnym językiem artykułów nowej konstytucji.

Prezydent zrobił wszystko, by im uprościć wybór - "tak" to poparcie dla niego, "nie" to próba obalenia go. Ostatni wiec wyborczy w Caracas Chavez zamienił w prawdziwy pokaz demagogii, agresji i gróźb.

We wczesnych godzinach rannych na ulicach stolicy pojawiły się grupy ubranych w czerwone koszule i czapki chavistów zwiezionych z całego kraju tysiącami autobusów. Wszystkie hotele w centrum miasta zostały dla nich zarezerwowane, każdy zwolennik dostał od państwa od 60 do 100 dol.

Wielu z nich było w stolicy po raz pierwszy i pobiegli na zakupy do domów towarowych. Potem zaganiani przez dowódców batalionów wyborczych ściągali na popołudniowy wiec w alei Bolivara.

Po drodze rozrzucali i rozdawali ulotki przeciw "wrogom", "zdrajcom", "lokajom imperializmu", "zamachowcom" i "oligarchom". Na bulwarze Bolivara przed wysoką trybuną gęstniejący tłum chavistów zagrzewały do zapału zespoły muzyczne bombardujące ich z ogromnych głośników ogłuszającym hip-hopem, rapem i salsą śpiewanymi do słów propagandowych agitek.

Piwo i whisky lały się obficie. Nim Lider Maximo, czyli Najwyższy Przywódca, wjechał majestatycznie na ciężarówce, cierpliwie pozdrawiając wiwatujące tłumy, spora część uczestników wiecu była już dobrze podpita.

Zaczęło się niewinnie. Chavez zaśpiewał ludową piosenkę, potem zaintonował hymn narodowy. I potoczyła się lawina słów jak kartacze, falujących od spokojnego tonu po histeryczny krzyk. Jeden wielki potok gróźb i szantażu pod adresem imperialistów i oligarchii.

Przez kilka godzin wódz narodu walił w bęben nacjonalizmu i szczuł na dybiących na Wenezuelę wrogów. - Moja miłość do narodu wenezuelskiego nie zna granic! To nie miłość! To szał miłosny! - krzyczał Chavez, trzymając się ze serce i obiecując, że uczyni z socjalistycznej Wenezueli światowe mocarstwo.

Wojna z Ameryką

Głównym wrogiem wieczoru było imperium USA i George Bush. - Nikt, ani oligarchia, ani imperium, nie powstrzymają naszej rewolucji! Nigdy więcej nie będziemy kolonią USA! W niedzielę chodzi o "tak" dla Chaveza i "nie" dla imperium i Busha! To będzie kolejny nokaut dla imperium! - dudnił tubalny głos Chaveza.

Prezydent ostrzegł, że trwa tajna operacja "Obcęgi" opracowana przez CIA, by po nieuchronnej wygranej zwolenników Chaveza w referendum rozpętać w kraju falę przemocy. - Jeśli ruszy operacja "Obcęgi", klnę się na Boga i moją matkę, że ich powstrzymamy! Jestem żołnierzem i chwycę za karabin! Nic mnie nie obchodzi! Jak tylko spróbują, nie damy USA ani jednej kropli ropy naftowej! A jak będą chcieli tu po nią przyjść, to będą mieli wojnę! - krzyczał Chavez na granicy utraty głosu.

I rozkazał armii niezwłocznie zająć wszystkie instalacje naftowe w kraju, żeby je obronić przez sabotażem CIA i oligarchów.

Dostało się też mediom. Ostatniej prywatnej telewizji Globovision oraz amerykańskiej CNN Chavez zagroził zamknięciem i wyłączeniem sygnału, jeśli spróbują podać sondażowe wyniki referendum, zanim wyniki poda komisja wyborcza.

Chavez zaatakował też ponownie Hiszpanię oraz jej króla Juana Carlosa, który na konferencji w Chile kilka tygodni temu, nie wytrzymawszy bezustannych napaści Chaveza na hiszpański "kolonializm gospodarczy" oraz "faszyzm" byłego premiera Aznara, publicznie kazał mu się "zamknąć". - Jak król mnie nie przeprosi, nie chcę mieć więcej do czynienia z Hiszpanią! - krzyczał Chavez. - I mam tu listę hiszpańskich koncernów i banków. Jednym ruchem je znacjonalizuję! Jednym ruchem!

Na koniec Chavez wezwał znużony wielogodzinnym wiecem tłum do czujności. Jego zwolennikom po niedzielnym głosowaniu nie wolno iść do domu, mają pozostać na ulicach do poniedziałku, żeby powstrzymać operację "Obcęgi".

- Jeśli przez jakieś fatalne nieszczęście w niedzielę przegramy, uznam zwycięstwo przeciwnika. Ale łatwiej jest zaszczypać na śmierć sto osłów, niż nas pokonać! - grzmiał prezydent.