Gruzja oskarża Moskwę

Gruzińska policja pałkami, gazem łzawiącym i armatkami wodnymi przepędziła wczoraj sprzed gmachu parlamentu tysiące demonstrantów domagających się dymisji prezydenta Saakaszwilego. Ten o zorganizowanie zamieszek oskarża Moskwę
Kilkadziesiąt osób zostało rannych w zamieszkach. Do późnego wieczora w Tbilisi dochodziło do ulicznych bitew między policją i przeciwnikami prezydenta Micheila Saakaszwilego. Krążące w mieście pogłoski mówią, że władze chcą ogłosić stan wyjątkowy.

W środę rano jak co dzień tysiące przeciwników prezydenta przybyło na śródmiejską aleję Rustawelego, by wziąć udział w wiecu. Do tej pory demonstracje przebiegały pokojowo i przychodziło na nie po kilka, kilkanaście tysięcy ludzi. W największej, w piątek, uczestniczyło ponad 70 tys. osób.

W środowy ranek demonstrantów powitał szpaler policjantów, którzy nie pozwolili im przedostać się pod parlament. Kiedy demonstranci próbowali przerwać kordon, doszło do zamieszek. Policja rozpędziła tłum, rzucając w granaty z gazem łzawiącym i strzelając z armatek wodnych.

Ludzie dusili się od gazu łzawiącego, padali pod ciosami pałek. Polskiej fotoreporterce Justynie Mielnikiewicz policjanci rozbili aparat, gdy usiłowała robić zdjęcia brutalnie bitego człowieka. Policjanci rozbili też kamerę dziennikarzom jednej z rosyjskich stacji TV.

W śródmieściu Tbilisi zapanował chaos. Wszędzie widać było karetkii uzbrojonych po zęby żołnierzy wojsk specjalnych.

Po południu rozproszeni zwolennicy opozycji ponownie zebrali się na jednym z placów. Wieczorem został on otoczony przez policję i samochody z armatkami wodnymi. Policjanci bez ostrzeżenia zaatakowali granatami z gazem łzawiącym, armatkami wodnymi i pałkami. Strzelano też z plastikowych pocisków. Protestujący odpowiedzieli kamieniami.

To pierwszy raz, gdy władze użyły przemocy przeciwko opozycji domagającej się przyspieszenia wyborów parlamentarnych z jesieni przyszłego roku na wiosnę. Kiedy władze odmówiły nawet podjęcia rozmów, opozycja zaczęła domagać się także dymisji prezydenta oskarżanego o arogancję, nadużywanie władzy i autorytarne zapędy.

Na miejsce protestu przywódcy opozycji nieprzypadkowo wybrali plac przed parlamentem. W tym samym miejscu cztery lata temu dokonała się w uliczna rewolucja róż, która wyniosła Saakaszwilego do władzy.

Wśród jego dzisiejszych przeciwników jest wielu ówczesnych zwolenników, a nawet przywódców rewolucji róż i późniejszych ministrów w jego rządzie, jak byli więźniowie polityczni z czasów ZSRR, bracia Lewan i Dawid Berdzeniszwili, były minister Giorgi Chaindrawa czy dawna szefowa dyplomacji Salome Zurabiszwili. Wśród przywódców opozycji jest też Konstantine Gamsachurdia, syn pierwszego prezydenta niepodległej Gruzji.

To właśnie jeden z byłych ministrów, dawny szef MON Irakli Okruaszwili wywołał przed miesiącem antyprezydencki bunt, oskarżając Saakasziwlego o zlecanie politycznych zabójstw i korupcję. Były minister został aresztowany, wycofał oskarżenia przeciwko prezydentowi, po czym został zwolniony za kaucją 6 mln dol.

Tydzień temu w przeddzień wielkiego, opozycyjnego wiecu Okruaszwili wyjechał z kraju. Władze twierdziły, że na leczenie do Niemiec. Przyjaciele Okruaszwilego zapewniają jednak, że został siłą wsadzony do samolotu.

W tym tygodniu w nagranym za granicą telewizyjnym orędziu do demonstrantów Okruaszwili powtórzył jeszcze raz oskarżenia wobec Saakszwilego. Twierdził, że do wcześniejszego odwołania oskarżeń został zmuszony w areszcie śledczym.

Saakaszwili ignoruje protesty opozycji. W niedzielę w TV oskarżył opozycję o próbę zdestabilizowania sytuacji i działanie na szkodę kraju. Saakaszwili powiedział, że inspiratorem opozycyjnych procesów jest nieprzyjazny Gruzji Kreml i rosyjscy oligarchowie.

Wczoraj gruziński rząd odwołał ambasadora w Moskwie, a prezydent zapowiedział, że wydali z Gruzji kilku pracowników rosyjskiej ambasady. Jego zdaniem bowiem to rosyjskie służby specjalne organizują wiece, a dowodem na to mają być m.in. liczne spotkania działaczy opozycji z rosyjskimi dyplomatami.

Rzecznik MSW oskarżył wczoraj demonstrantów, że to oni zaatakowali policję. Zapowiedział też, że władze nie dopuszczą do dalszych protestów.

Do umiaru wzywa jedynie przewodnicząca parlamentu Nino Burdżanadze. - Musimy zacząć ze sobą rozmawiać - apelowała w telewizyjnym wystąpieniu. Załagodzić sytuację będzie się też starał specjalny wysłannik UE, który dziś przyleci do Tbilisi.

Gruziński politolog Aleksander Rondeli winą za zamieszki obarcza opozycję. - Od początku była nastawiona radykalnie - mówi "Gazecie". - Rząd Saakaszwilego przeprowadza bardzo trudne reformy, a to wywołuje niezadowolenie społeczne - uważa Rondeli.