Łukaszenko ściga absolwentów

Białoruskie sądy wszczęły już około stu spraw przeciw absolwentom studiów, którzy złamali rozporządzenie rządu nakazujące im odpracować dwa lata w miejscu wskazanym przez miejscowe władze.
Absolwenci woleliby jednak sami wybierać sobie miejsce pracy. - Ludzie po studiach są kierowani do pracy tam, gdzie nikt nie chce pracować. Otrzymują grosze i dodatkowe dwa lata są na utrzymaniu rodziców - tłumaczy "Gazecie" student medycyny Andrej Famin z Grodzieńskiego Uniwersytetu Medycznego.

Według Famina osoba po studiach medycznych w ciągu pierwszego roku przymusowego zatrudnienia może liczyć na pensję w wysokości do 85 dol. Gdyby jednak sama poszukała sobie pracy, znalazłaby zapewne lepiej płatną. Nic więc dziwnego, że absolwenci próbują uniknąć przymusowego skierowania do pracy.

Jurij Miksiuk z białoruskiego ministerstwa edukacji przyznaje, że liczba osób łamiących rozporządzenie rośnie z roku na rok. Władze próbują zatrzymać falę uciekinierów, wprowadzając coraz to nowe restrykcje. Ostatnio zaczęły masowo składać pozwy do sądu, żądając zwrotu kosztów nauki na studiach. Chodzi o niebagatelną sumę od 6 do 10 tys. dol. - bo na tyle władze oszacowały koszt wykształcenia studenta. Płacić za studia musieliby również ci, którzy w okresie dwuletniego "przymusowego zatrudnienia" zostaną zwolnieni z pracy.

Obrońcy praw człowieka biją na alarm, że działania władz są sprzeczne z konstytucją. - Zgodnie z ustawą zasadniczą praca jest prawem, a nie obowiązkiem - podkreśla Walancin Stefanowicz z Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiosna". - Studia są finansowane z podatków obywateli, a więc także rodziców studentów. Żądanie zwrotu kosztów nauki to bezprawie.

Jednak takie argumenty nie docierają do białoruskich sądów. Wykonując polecenie władz, zasądzają odpłatność za studia.