Słowacja i Węgry - powrót nacjonalizmu

29.10.2007 02:00
Tak poważnej sytuacji nie było chyba nawet na początku lat 90., kiedy to nacjonalizm rozpalał tłumy w Europie Środkowej.
Wtedy można było chyba usprawiedliwić emocje niepewnością związaną z nagle uzyskaną wolnością. Dziś jednak to wynik cynicznej kalkulacji polityków nowej generacji.

Węgry i Słowacja są członkami UE i NATO. Obie te godne szacunku instytucje narodziły się z pragnienia pokoju, w efekcie straszliwego doświadczenia dwóch wojen światowych, u których przyczyn leżały różne formy egoizmu narodowego. I właśnie teraz ożywa on nieoczekiwanie jak zombi i cofa dwa narody - Węgrów i Słowaków - do konfliktu z lat 1918-1945. A tymczasem za zaledwie parę miesięcy zostaną zniesione granice w ramach Schengen.

Koniec złudzeń

Kiedy w sierpniu ulicami Budapesztu maszerowała nazistowska Gwardia Węgierska zorganizowana przez partię polityczną Jobbik i wspierana po cichu przez najważniejszą partię opozycyjną Fidesz, człowiek mógł mieć złudzenie, że jest to jakiś postmodernistyczny teatr, jakaś zabawa w historię o przekroczonej dacie ważności. Kiedy jednak we wrześniu cała węgierska elita polityczna z reguły niezmiernie skłócona połączyła się w sprawie obrony mniejszości węgierskiej na Słowacji podobno ciemiężonej przez miejscowe władze, to nie było to już żadne złudzenie.

Kiedy w sierpniu Pal Csaky, przewodniczący Partii Mniejszości Węgierskiej (SMK), oświadczył, że będzie domagał się odszkodowania dla węgierskich ofiar dekretów Benesza, człowiek mógł mieć złudzenie, że jest to tylko postmodernistyczny teatr polityczny dla wtajemniczonych. Kiedy jednak we wrześniu skądinąd skłócone słowackie partie polityczne połączyły swoje siły i praktycznie jednogłośnie (wbrew posłom SMK, naturalnie) przyjęły w parlamencie deklarację, że dekrety Benesza są wieczne, to nie było to już żadne złudzenie.

Później wydarzenia nabrały już szybkiego tempa. Prezydent Węgier Laszlo Solyom oświadczył, że słowacki parlament dał Węgrom "w twarz", a węgierscy politycy ogłosili bojkot Słowacji i odwołali wszystkie oficjalne wizyty. Prezydent Solyom udał się na południe Słowacji do Komarna "prywatnie" i tam powtórzył swoje krytyczne słowa. Spowodowało to ostrą reakcję słowackiego premiera Roberta Fico, który zagroził, że prezydenta Węgier "usunie tam, gdzie jego miejsce".

Jakby tego jeszcze było mało, przewodnicząca węgierskiego parlamentu Katalin Szili przyjechała też "prywatnie" do słowackiej miejscowości Podunajske Biskupice pod Bratysławą, by wspominać ofiary dekretów Benesza. Solyoma i Szili witał zawsze żarliwie - któż by inny, jak nie Pal Csaky.

Mity narodowe

Nacjonalizm węgierski jest niebezpieczny, ponieważ ma mocne korzenie. Liczy sobie tysiąc lat i czerpie siłę z poczucia osamotnienia prastarego narodu, który jakimś dziwnym zrządzeniem losu znalazł się pośród otaczających go Słowian. Trafnie to oddaje smutek zawarty w książkach znakomitego pisarza Sandora Maraia. Dowodem na to, że Kotlina Karpacka stanowi wrogie otoczenie, stał się dla Węgrów po I wojnie światowej traktat z Trianon, w wyniku którego znaczna część Węgrów została wydana na pastwę innych państw (przede wszystkim Czechosłowacji i Rumunii).

Nacjonalizm słowacki, choć o wiele młodszy, nie jest jednak wcale mniej niebezpieczny. Jego korzenie są plebejskie, wystarczy poczytać komunistycznego pisarza Vladimira Minacza. Plebejska i prymitywna jest również obecna słowacka elita polityczna. Dzieli ona przekonanie, że mniejszość węgierska na Słowacji służy Budapesztowi jako koń trojański, który ma mu pomóc w spełnieniu marzeń o ponownym zdobyciu południowej Słowacji.

Wybór Fico

Pytanie brzmi - jak zawsze w przypadku podobnych konfliktów - kto jest winien? Odpowiedź mogłaby brzmieć, że - jak to zawsze bywa - obie strony. W tym przypadku jednak, na przekór wspomnianemu nacjonalizmowi węgierskiemu, wszystko rozpoczęło się na Słowacji.

Kiedy latem ubiegłego roku wybory parlamentarne wygrało lewicowe ugrupowanie Smer, jego przewodniczący Robert Fico miał do wyboru kilka możliwości stworzenia koalicji rządowej. Zdecydował się na tę najgorszą: z nacjonalistyczną Słowacką Partią Narodową Jana Sloty i niechlubnie słynnym Ruchem na Rzecz Demokratycznej Słowacji Vladimira Mecziara.

Przerażenie mniejszości węgierskiej (o słowackich demokratach nawet nie wspominając) znalazło szybko odzwierciedlenie: kongres SMK w miejsce swojego wieloletniego, umiarkowanego przewodniczącego Beli Bugara wybrał Pala Csaky'ego, który na swojego najbliższego współpracownika powołał radykalnego nacjonalistę Miklosa Duraya. Od tego momentu konflikt nacjonalizmów stanowił już tylko kwestię czasu.

Podobnie jak kwestią czasu było to, kiedy Jan Slota, który w rządzie zdominował tę tematykę, zacznie w pełni korzystać ze swojego wulgarnego słownika. W ciągu ostatniego miesiąca zdążył już powiedzieć, że Węgrzy byli podczas wojny gorsi od Niemców, a Csaky to dla niego "zgniłe łajno". Z kolei minister kultury Marek Madaricz oświadczył, że żaden Węgier nie został wysiedlony po wojnie tylko z tego powodu, że był Węgrem, ale dlatego, że był kolaborantem. Bardziej już chyba nie można było urazić mniejszości węgierskiej.

Chyba jako jedyny członek rządu zachował zimną krew słowacki minister spraw zagranicznych Jan Kubisz (bezpartyjny), który ze smutkiem przyznał, że "nie widzi woli politycznej" do stłumienia emocji w obu krajach. Ma rację. Na Słowacji bowiem sytuacja zmieniła się zasadniczo pod tym względem, że po raz pierwszy od 1989 r. wszystkie partie polityczne zjednoczyły się przeciw mniejszości węgierskiej i praktycznie wypchnęły SMK - należy stwierdzić, że także za jej winą - na margines życia politycznego.

Na Węgrzech z kolei czeka na swoją okazję nacjonalistyczny populista Viktor Orban, który już dziś, choć w opozycji, wyznacza linię kampanii antysłowackiej.

Przyjrzyj się, Unio

Konflikt egoizmów narodowych dwóch członków UE może stać się testem siły idei, na której została oparta. Na razie swoim zachowaniem Słowacja i Węgry zaprzeczają tej podstawowej idei UE w pełni bezkarnie. A co gorsza, pewnie jednocześnie liczą na to, że kiedy już dojdzie do najgorszego, to Unia jakoś rozwiąże ich problem. Możliwe nawet, że oba państwa toczą teraz ten spór z większą werwą, niż gdyby były skazane tylko same na siebie lub ewentualnie na swoje armie. Paradoksalnie, to właśnie zaufanie do Brukseli przyczynia się do pogorszenia sytuacji.

Na zakończenie jednak - mimo wszystko - odrobina nadziei. Premier Fico zaproponował premierowi Węgier Ferencowi Gyurcsányowi wspólne rozmowy, a w połowie listopada mają zamiar się spotkać ministrowie spraw zagranicznych obu krajów. Może jeszcze nie będzie za późno.

tłum. Tomasz Grabiński

*Martin M. Szimeczka

jest słowackim pisarzem i publicystą, redaktorem naczelnym czeskiego tygodnika opinii "Respekt"

Skomentuj:
Słowacja i Węgry - powrót nacjonalizmu
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje