Dożywocie dla księdza argentyńskiej junty

Ks. Christian von Wernich dostał dożywocie za udział w zabójstwach, torturach i porwaniach za czasów dyktatury wojskowej w latach 1976-83. To najcięższy cios dla wizerunku argentyńskiego Kościoła katolickiego w całych jego dziejach
Wyrok sądu w La Plata we wtorek w nocy czasu polskiego był jednomyślny. 69-letni dziś von Wernich został uznany za winnego współudziału w siedmiu zabójstwach więźniów junty, torturowaniu 30 innych i nielegalnym porwaniu 42 osób w ramach "ludobójstwa", którego na Argentyńczykach dopuszczali się wojskowi po puczu w 1976 r. W latach dyktatury wojskowi zamordowali ponad 30 tys. tzw. lewicowych wywrotowców, wielu z nich zrzucając ze śmigłowców do morza.

Zbłąkane owieczki

Von Wernich przyjął wyrok z kamienną twarzą, ale setki ludzi zgromadzonych na sali i pod budynkiem sądu z żywiołową ulgą i radością. - Stała się sprawiedliwość! Nigdy nie sądziliśmy, że ten dzień rzeczywiście nadejdzie. To wielkie przeżycie! - mówiła jedna z członkiń Matek z Placu Majowego, organizacji skupiającej kobiety, których dzieci zginęły lub przepadły bez wieści w kazamatach dyktatury.

Przez trzy miesiące procesu von Wernich tylko kilka razy pojawił się na sali rozpraw, gdzie stu świadków opowiadało, jak zaufany kapelan komendanta policji w Buenos Aires Ramona Campsa często odwiedzał katownie dyktatury. W Banfield czy Pozo del Quilmes wyciągał od więźniów informacje oraz nakłaniał ich do zeznawania na torturach ("Twoje życie zależy od współpracy ze śledczymi" - mawiał), kpiąco ostrzegał przed "maszyną", czyli prądowym agregatem, którym rażono przesłuchiwanych, oraz kazał im pokornie pokutować za popełnione grzechy.

Nie samo jednak skazanie zbrodniarza jest wydarzeniem historycznym, ale to, że jest nim katolicki duchowny. Główni notable junty zostali bowiem osądzeni w pierwszym procesie w 1985 r., choć pięć lat później ułaskawił ich prezydent Carlos Menem. Trzy lata temu parlament i sąd najwyższy unieważniły też ustawy amnestyjne, które na demokratycznych władzach wymusiła armia w latach 1986-87, by uchronić od odpowiedzialności setki wojskowych i policjantów. Od tego czasu zapadły już trzy wyroki na bezkarnych przez ćwierć wieku zbrodniarzy, a dalsze procesy są w toku.

"Kościół w Argentynie jest poruszony bólem, jaki nam sprawia udział kapłana w bardzo poważnych zbrodniach, jak stwierdza wyrok trybunału" - oświadczył argentyński episkopat. Podobnie jak w dwóch wcześniejszych publicznych deklaracjach - z 1985 i 2000 r. - biskupi pod przewodnictwem kardynała Jorge Bergoglia wyparli się wszelkiej instytucjonalnej odpowiedzialności Kościoła za wspieranie dyktatury i winę zrzucili na zbłąkane owieczki: "Jeśli którykolwiek członek Kościoła wspomagał radą lub wspólnictwem jakieś czyny represyjne, czynił tak wyłącznie na własną osobistą odpowiedzialność".

Jordan krwi

Zupełnie jakby biskupi nie pamiętali licznych wypowiedzi hierarchów Kościoła usprawiedliwiających zbrodnie dyktatury i odmawiających pomocy błagającym ich o to ofiarom represji.

- Wojskowi odkupują nieczystości w naszym narodzie i oczyszczeni w Jordanie krwi stają na czele narodu - wołał biskup Victor Bonamin, kapelan armii, w 1976 r. A episkopat przestrzegał przed "błędem oczekiwania, by organy bezpieczeństwa państwa postępowały z chemiczną czystością, jakby to był czas pokoju, podczas gdy przecież krew leje się codziennie".

Bliskimi wspólnikami junty byli zwłaszcza kapelani z wikariatu wojskowego kierowanego przez biskupów Bonamina i Emilia Grasellego. Dla generałów, gorliwych katolików, stanowili moralną ostoję w ich misji obrony kraju przed komunistyczną zarazą.

W najcięższej katowni ESMA w Buenos Aires kapelan Luis Mancenido mówił oficerom, że mogą torturować i zabijać, bo spełniają biblijny obowiązek odsiewania ziarna od plew. Sam kardynał Bergoglio, niedawno kandydat na papieża, donosił wojskowym na lewicujących księży i zakonników, z których niektórzy potem znikali.

Powiernikiem generałów był też nuncjusz papieski Pio Laghi, który bliskim ofiar odmawiał pomocy, bo należeli do "wywrotowców". W 1977 r. cały episkopat nie przyjął delegacji Matek z Placu Majowego, które chciały zaalarmować hierarchów, że więzionym kobietom odbierane są noworodki, a one same są mordowane. Do moknących na deszczu kobiet wyszło tylko trzech biskupów. - Zastanawiałem się wówczas, co powie Jezus Chrystus na to, że nie chcieliśmy słuchać wołania matek - wspominał potem bp Justo Lagun.

W 1982 r. Juan Carlos Aramburu, arcybiskup Buenos Aires, tłumaczył włoskiemu dziennikarzowi: - W Argentynie nie ma zbiorowych mogił, każde zwłoki mają swoją trumnę. Zaginieni? Pan dobrze wie, że jest wielu zaginionych, którzy spokojnie sobie żyją w Europie.

Jeszcze w 1984 r. bp Carlos Mariano Perez mówił o rodzinach ofiar: - Trzeba wyrwać z korzeniami Matki z Placu Majowego i organizacje praw człowieka, bo należą do organizacji międzynarodowych. Tak samo trzeba skończyć z ekshumacjami zwłok ludzi nieznanych - to hańba dla całego społeczeństwa.

Gdy doszło do procesu generałów dyktatury, bp Antonio Plaza stwierdził: - To Norymberga na odwrót, gdzie kryminaliści sądzą pogromców terrorystów.

Ofiary to spiskowcy

Nic więc dziwnego, że von Wernich, poproszony przez sędziego o wygłoszenie ostatniego słowa, odrzucił wszystkie oskarżenia, mówiąc, że w katowniach bywał, ale jedynie jako duszpasterz. Potępił za to oskarżające go ofiary jako spiskowców.

- Fałszywy świadek to diabeł, bo pełen jest złości - stwierdził von Wernich siedzący za szybą w kamizelce kuloodpornej. Siebie przyrównywał do Jezusa, który także "został osądzony przy poparciu ludu, ale zmartwychwstał", i wezwał zdumioną publiczność do "pojednania i pokoju". Kilku członków rodzin ofiar nie wytrzymało i wyszło z sali, krzycząc: "Ty morderco!".