O królu, który przestał być bogiem

Przez setki lat nepalscy królowie uważani byli za wcielenia boga Wisznu. Sześć lat panowania nepalskiego króla Gjanendry sprawiło, że jego niedawni wyznawcy przestali uważać go za boga i domagają się, by spędzić go z tronu i przegnać na cztery wiatry.
Położony w sercu Katmandu królewski pałac Narajanhiti otoczony jest murem tak wysokim, że niemożliwym do pokonania. Wartę przed pałacem trzymają uzbrojeni żołnierze w paradnych mundurach i wielkich hełmach. Ale pałacowych bram nikt od dawna nie przekracza. Nikt nie odwiedza króla, a i król od miesięcy nie opuszcza pałacu. Chyba że nocą, po kryjomu.

Monarcha przestał opuszczać pałac, odkąd w lutym w pobliżu poświęconej Sziwie, najważniejszej z hinduskich świątyń w Nepalu, Paszupatinath, gdzie chciał złożyć ofiarę, wrogi tłum obrzucił jego orszak kamieniami i obraził wyzwiskami: "morderca", "królobójca" i "złodziej". Policja pałkami rozpędziła zbiegowisko, ale król postanowił więcej nie pokazywać się niewdzięcznym poddanym.

Tym bardziej że nawet ministrowie z rządu, który jeszcze niedawno mu podlegali, zapowiedzieli mu, by nie podróżował po kraju, nie wypowiadał się w kwestiach polityki i państwa, a najlepiej, by w ogóle zamilkł.

- Kto dał im prawo, by dyktować królowi, co może, a czego nie? By więzić króla w jego własnym pałacu? - oburza się królewski zausznik i doradca Bharat Keszari Simha. - Król jest cierpliwy i znosi upokorzenia, ale nawet kot, gdy się znudzi głaskaniem, pokazuje pazury.

Niewrażliwi na podrażnioną dumę króla ministrowie i poddani pozrywali z ulic portrety monarchy, plakaty z jego celnymi myślami i przypowieściami. Usunęli przymiotnik "królewski" z oficjalnych nazw linii lotniczych, armii, poczty, a nawet nepalskiego państwa.

Przestali zapraszać go na wojskowe parady i posiedzenia parlamentu, a sami nie przyszli ani w sobotę, ani w niedzielę na królewskie 60. urodziny, obchodzone dotąd jako święto państwowe. Zapowiedzieli za to, że królewskie podobizny znikną ze znaczków pocztowych i banknotów. Odebrali królowi tytuł naczelnego dowódcy wojska, a nawet przywódcy państwa. Ogłosili, że odtąd premier będzie przyjmował ambasadorów obcych państw i wysyłał nepalskich dyplomatów w świat.

Królewski podpis nie jest już wymagany, by uchwalane przez parlament ustawy stawały się prawem. Odebrano królowi nawet prawo wyboru następcy - przywilej ten przyznali sobie posłowie.

Jakby tego było mało, ministrowie i poddani domagają się, by król zrzekł się tronu i wyjechał z kraju jeszcze przed zapowiedzianymi na listopad wyborami do Konstytuanty, która ma ogłosić koniec ostatniej hinduskiej monarchii i narodziny pierwszej himalajskiej republiki.

Co postanowi król? - Tego nie wie nikt - twierdzi dworzanin Bharat Keszari Simha. - Nawet prawa dłoń monarchy nie wie, co zrobi lewa.

- Gjanendra prędzej puści z dymem królestwo, niźli miałby oddać tron - uważa Peter J. Karthak, pisarz i dziennikarz, dawny przyjaciel króla. - Ale próżny opór. Przegrał tron i królestwo. Nikt nie uważa go już ani za boga, ani nikt nie chce go mieć za króla.

Przeklęte ocalenie Gjanendry

Resztki swojej boskości 59-letni król Gjanendra stracił wiosną zeszłego roku, gdy rozkazał żołnierzom strzelać do poddanych, którzy wyszli na ulice Katmandu protestować przeciwko jego despotycznym rządom. Żołnierze nie tylko zabili demonstrantów, ale porwali trupa jednego z nich i sami spalili nad rzeką, nie pozwalając rodzinie odprawić ceremonii pogrzebowej. To świętokradztwo sprawiło, że mało kto w Nepalu uważał dalej nepalskiego króla za wcielenie boga Wisznu.

Ale wrogość Nepalczyków wobec Gjanendry trwała w zasadzie od zawsze. - Jako chłopak był uosobieniem dobrego taktu, uprzejmości. Ale potem ojciec, król Mahendra, posłał go z niewiele starszym bratem Birendrą na naukę za granicę. - mówi Peter J. Karthak, który chodził z młodym Gjanendrą do szkoły średniej. - Kiedy Gjanendra wrócił, zmienił się nie do poznania. Stał się wyniosły i uparty, zawistny, żądny władzy i mściwy. Odtąd nigdy go nie lubiano.

W 1972 r. po śmierci Mahendry na nepalskim tronie zasiadł młody Birendra. Nie licząc na koronę, Gjanendra oddał się zarabianiu pieniędzy. Zbił tak wielką fortunę na kasynach, a także uprawie herbaty i tytoniu, że zaczęto o nim mówić, iż zanim wstąpił na tron, zaliczał się do grona najbogatszych członków rodzin panujących świata.

Królem został w czerwcu 2001 r., gdy w wyniku krwawej rzezi w pałacu Narajanhiti wymordowana została cała niemal rodzina królestwa z monarchą Birendrą i następcą tronu księciem Dipendrą. Gjanendra, którego akurat feralnej nocy zabrakło w pałacu, okazał się jednym z nielicznych, którzy przeżyli krwawe królobójstwo. Ale cudowne ocalenie stało się jego przekleństwem. Niemal wszyscy Nepalczycy uważają, że to właśnie Gjanendra ukartował pałacową rzeź, by zdobyć koronę.

- Żaden z naszych królów nie był aniołem. Birendra, który dziś jest wynoszony pod niebiosa, też nie był wcale łaskawym władcą. Zanim w 1990 r. zgodził się na demokrację, w zamieszkach w Katmandu jego wojsko zabiło kilkuset ludzi - mówi Peter J. Karthak. - Ale potem nie wtrącał się do polityki, ani nie wykorzystywał tronu, aby się bogacić. Gjanendra zaś zrobił wszystko, by ludzie znienawidzili monarchię. Chyba nikt w Nepalu nie przysłużył się sprawie republiki jak król.

Ludzie po prostu przestali się bać

W przeciwieństwie do brata Gjanendra uważał, że rolą króla jest nie tylko panować, lecz i rządzić. W 2002 r. rozpędził parlament, a w 2005 r. - także stworzony przez partie polityczne rząd. Wprowadził stan wyjątkowy, kazał więzić dysydentów, zamykać gazety. Otoczył się nadskakującymi mu arystokratami i posiadaczami ziemskimi, którym podobnie jak jemu samemu zagrażały wszelkie reformy, pozostającego w feudalnej zapaści państwa.

Despotyczne rządy Gjanendry ściągnęły na Nepal gromy ze świata. USA, Wielka Brytania i Indie wstrzymały dostawy broni dla nepalskiego wojska i zaczęły nawet napomykać o sankcjach. Wiosną zeszłego roku w Katmandu doszło do ulicznej rewolucji. W demonstracjach i zamieszkach zginęło ponad 20 osób, a kilka tysięcy zostało rannych.

- Nie pomogły ani pałki, ani pociski. Coś pękło i ludzie po prostu przestali się bać. - wspomina Peter J. Karthak. - Dla młodych, wyrosłych w liberalnych czasach Birendry, król nie był już ani bogiem, ani szanowanym władcą. Gjanendra okazał się fatalnym władcą i człowiekiem złym, okrutnym i samolubnym, dzieckiem ustroju i czasów, w których wyrósł i które go ukształtowały.

- Oskarża się króla, że stał się tyranem, a tak naprawdę nie dano mu nawet szansy. Cóż to te kilka lat rządów? - mówi królewski doradca Bharat Keszari Simha. - Zresztą czy przełknąłby ślinę, czy ją wypluł, zawsze byłoby źle.

W ostatniej chwili król ustąpił demonstrantom, którzy podchodzili już pod jego rozległy pałac. Przywrócił demokrację, ratując tron i głowę. Ale demokraci, sprzymierzeni przeciwko królowi z maoistowską partyzantką, i tak postanowili mu odebrać i koronę, i majątek. Kazali zwolnić część służby, płacić podatki i cła jak zwykli śmiertelnicy. Chcą też, po obaleniu monarchii, skonfiskować królewskie pałace i majątki.

W Katmandu huczy od plotek, że jeszcze przed jesiennymi wyborami do Konstytuanty król i wierni mu dworzanie i rojaliści zrobią wszystko, by sabotować elekcję, skłócić demokratów z maoistami, a nawet wywołać nową wojnę, byle ocalić monarchię.

Republikanie przekonują zagranicznych ambasadorów, by zająć królowi jego zagraniczne konta bankowe i tak zmusić go do abdykacji i wyjazdu z Nepalu jeszcze przed wyborami.

- To już koniec i Gjanendra jest sam sobie winien - twierdzi Peter J. Karthak. - Gdyby abdykował rok temu, mógł uratować tron dla wnuka Hridajendry. A tak, za rok nie będzie króla w Nepalu. Ani dobrego, ani złego.