Nie zmieścili się w Bhutanie dla Bhutańczyków

Wygnańcy z Bhutanu to kompromitująca wspólnotę międzynarodową, całkowicie przemilczana i cynicznie zignorowana humanitarna tragedia - mówi dr Dhurba Rizal, politolog i historyk z Kathmandu
W siedmiu obozach w pobliżu miasteczka Dżhapa na wschodzie Nepalu w skleconych z bambusa i słomy chatach od kilkunastu lat gnieździ się ok. 120 tys. Nepalczyków wygnanych z pobliskiego Bhutanu.

Indie ich nie chciały

17 lat temu król Bhutanu Dżigme Singje Wangczak uznał, że w jego kraju - liczącym wówczas niewiele ponad pół miliona dusz, przybyszów z Nepalu, zwanych Lhotszampami - jest zbyt wielu. Tak wielu, że zagrażają narodowej tożsamości i bezpieczeństwu kraju.

W przeciwieństwie do rdzennych Bhutańczyków, Drukpów, Lhotszampowie wyznają nie buddyzm, lecz hinduizm, mają inny język i obyczaje.

Król Bhutanu, ostatniej monarchii absolutnej w Himalajach, izolującej się skutecznie od reszty świata podejrzewał Nepalczyków o skłonności wywrotowe, które w nepalskiej stolicy Katmandu zaowocowały uliczną rewolucją i niemal obaleniem tamtejszego króla. Bhutański władca pamiętał też doskonale, że właśnie osadnicy z Nepalu, którzy stali się większością w sąsiednim, buddyjskim królestwie Sikkimu, obalili tamtejszego króla, a w plebiscycie w 1975 r. opowiedzieli się za likwidacją nie tylko tronu, ale i państwa, i włączeniem go do Indii.

Król nie zapomniał też o losie innego buddyjskiego himalajskiego państwa podbitego przez Chiny - Tybetu.

Ogłaszając hasło "Bhutan dla Bhutańczyków", król Dżigme dał Nepalczykom do wyboru - albo przejdą na buddyzm, przyjmą miejscową kulturę, mowę, tradycję, a nawet sposób ubierania się, albo muszą się wynieść. Nepalczycy, zarażeni rewolucyjnym entuzjazmem swoich rodaków z Katmandu stawili opór. We wrześniu 1990 r. na ulicach bhutańskiej stolicy Thimpu doszło do zamieszek. Według uchodźców zginęło w nich prawie pół tysiąca ludzi.

Pędzeni przez żołnierzy i policjantów Nepalczycy rzucili się do ucieczki do Indii. Indyjskie władze zapakowały ich jednak do autobusów i na ciężarówki, wywiozły przez granicę do Nepalu i tam zostawiły. Od tego czasu nic się nie zmieniło.

Świat króla nawet nie potępił

Władze Nepalu, jednego z najbiedniejszych krajów świata, od lat domagają się od Bhutanu, by przyjął z powrotem uchodźców. Król niezmiennie odpowiada, że Lhotszampowie nie byli jego poddanymi, lecz jedynie zarobkowymi imigrantami. W dodatku - tłumaczy monarcha - pozostali w Bhutanie Lhotszampowie i tak stanowią trzecią część ludności kraju, a przybycie ponad 100 tys. uchodźców sprawiłoby, że Nepalczycy staliby się w Bhutanie większością, co doprowadziłoby do upadku monarchii i państwa.

Organizowane co roku przez ONZ rozmowy między Nepalem i Bhutanem nie doprowadziły do żadnego porozumienia.

- To niesłychane, ale świat nie tylko nie zmusił Bhutanu do przyjęcia z powrotem swoich obywateli, ale nawet nie potępił go za przeprowadzenie brutalnej czystki etnicznej - mówi dr Rizal. - Co więcej, świat wydaje się przychylać do opinii bhutańskiego króla, że powrót uchodźców stanowiłby zagrożenie dla bezpieczeństwa jego kraju. To niesłychane! Oznacza to faktyczne przyzwolenie na etniczne czystki.

Po latach całkowitego patu (Indie, regionalne mocarstwo, w ogóle odmawia uznania uchodźczego kryzysu za sprawę międzynarodową) w 2006 r. USA oświadczyły, że gotowe są przyjąć u siebie i przerobić na Amerykanów 60 tys. uchodźców z Dżhapy. Kanada zgłosiła, że przyjmie u siebie kolejnych 5 tys. Resztę - uznano w USA i Kanadzie - król wpuści do Bhutanu, nie obawiając się więcej o swój tron.

Maoiści wzywają

Amerykańska oferta wywołała wśród uchodźców konflikty. W obozach w Dżhapie wybuchają zamieszki między tymi, którzy chcą wyjechać do Ameryki, i tymi, którzy uważają, że wyjazd za ocean byłby kapitulacją i zdradą, a także zachętą dla bhutańskiego króla, by wyrzucił z kraju następnych Nepalczyków.

- Już dwa lata temu władze z Thimpu ogłosiły, że około 100 tys. żyjących wciąż w Bhutanie Nepalczyków nie może się uważać za bhutańskich obywateli - mówi dr Rizal. - W przyszłym roku w Bhutanie mają się odbyć pierwsze wolne wybory, a król odda władzę parlamentowi i rządowi. Zanim to uczyni, zrobi wszystko, by jego państwo nie dostało się przypadkiem w ręce Nepalczyków.

Pod koniec maja w wyniku zamieszek między zwolennikami i przeciwnikami wyjazdu do Ameryki zginęły dwie osoby, a kilkadziesiąt zostało rannych. Policja wprowadziła w obozach stan wyjątkowy. Kilka dni później, gdy uchodźców odwiedził amerykański ambasador, demonstranci obrzucili go kamieniami.

Napastnikami okazali się aktywiści z Ligi Młodych Komunistów, bojówkarze maoistowskich partyzantów, którzy po dziesięciu latach wojny domowej wiosną zeszłego roku do spółki z nepalskimi demokratami przeprowadzili w Nepalu republikańską rewolucję. Odebrała ona tutejszemu królowi władzę, a wkrótce ma odebrać także koronę.

Maoiści z Nepalu przekonują swoich rodaków z Bhutanu, że zamiast błagać o zgodę króla z Thimpu na powrót do kraju, powinni go raczej obalić. W obozach uchodźców z Dżhapy powstała już maoistowska partyzantka Tygrysy Bhutanu i grozi zamachami bombowymi w Thimpu.

Uchodźcy z Dżhapy nie myślą jeszcze o partyzanckiej wojnie, ale postanowili też nie czekać, aż ich losem przejmą się bhutański król czy cudzoziemcy, którzy zjechali do Nepalu, by nadzorować rozejm po wojnie domowej. Korzystając jednak z ich obecności i aby zwrócić na siebie uwagę, pod koniec maja kilkanaście tysięcy uchodźców ruszyło na most Meczi na granicy z Indiami. "Długi marsz", który miał ich ostatecznie doprowadzić do Bhutanu, został powstrzymany przez indyjską straż graniczną. Karabinowa salwa zabiła jedną osobę. Setki zostały rannych.

Uchodźcy wrócili, ale marszu nie odwołali. Pod koniec czerwca zamierzają znowu ruszyć w drogę.