Gdy go schwytano w 2002 roku i oskarżono o przygotowywanie eksplozji radioaktywnej, tzw. brudnej bomby, Amerykę przechodziły ciarki ze strachu. To było pół roku po piekle 11 września, gdy wszyscy drżeli przed drugą falą zamachów.
Rok później po śledztwie, które - jak dziś wiadomo - polegało na wymuszaniu siłą zeznań, prokurator generalny John Ashcroft na zwołanej specjalnie konferencji prasowej opowiadał inne mrożące krew w żyłach historie. Padilla, były członek latynoskiego gangu z Chicago, który przeszedł na islam i związał się z ekstremistami, miał, oprócz "brudnej" bomby, przygotowywać też wielkie zamachy na budynki mieszkalne. W dziewięciu apartamentowcach na Florydzie planował wywołać w nocy, gdy ludzie spali, równoczesną eksplozję gazu.
"To by była hekatomba" - pisały wtedy gazety. Mówiono też o przygotowywaniu ataku bronią chemiczną na centra handlowe.
W atmosferze zagrożenia
Zarzuty wobec Padilli, nagłośnione przez administrację Busha w latach 2003-04, miały potwierdzać tezę, że Ameryka jest wciąż zagrożona potwornymi atakami, i że administracja Busha, wykrywając takie spiski, dobrze dba o bezpieczeństwo obywateli.
Trwała wówczas ofensywa propagandowa, w której przekonywano Amerykanów o konieczności dalszej wojny z terroryzmem, czyli ataku na Irak. I zbliżała się kampania prezydencka 2004.
Dziś wydaje się, że te zarzuty - wyolbrzymiane, naciągane albo oparte na wydobytych torturami zeznaniach, nigdy niepotwierdzone innymi dowodami - były też środkiem mającym na celu podtrzymywanie w USA atmosfery ciągłego zagrożenia, w której Białemu Domowi i tajnym służbom łatwiej było robić to, co chcą, np. trzymać setki ludzi latami bez formalnych zarzutów, bez wyroków, bez dostępu do adwokatów, bez kontaktu ze światem. Albo podsłuchiwać obywateli USA bez nakazów sądowych. Albo torturować podejrzanych o terroryzm w tajnych więzieniach w różnych częściach świata.
Losy José Padilli to w tym kontekście jedna ze znamiennych historii wojny z terroryzmem w USA.
Wrogi bojownik siedzi bez końca
Pięć lat po aresztowaniu w Miami w tym tygodniu rozpoczął się wreszcie proces Padilli. W akcie oskarżenia nie można znaleźć ani słowa o wszystkich tych mrożących krew w żyłach planach: "brudnych" bombach, broni chemicznej, hekatombie w apartamentowcach...
Padilli zarzuca się "wspieranie materialne organizacji terrorystycznych w Azji, Afryce i Europie" oraz kilkunastodniowy pobyt w obozie szkoleniowym al Kaidy w Afganistanie w 2000 roku. Dowody to znaleziony w Afganistanie, wypełniony podobno własnoręcznie przez Padillę, formularz aplikacji na szkolenie oraz nagrania rozmów telefonicznych, w których Padilla z dwoma wspólnikami z Bliskiego Wschodu naradzają się, jak przekazywać pieniądze dla grup muzułmańskich w Kosowie, Czeczenii, Libanie oraz Somalii, i jak rekrutować ludzi w Ameryce.
36-letni Padilla spędził prawie cztery lata w więzieniu wojskowym w Charleston na wschodnim wybrzeżu USA. Był pierwszym Amerykaninem, któremu władze nadały status "wrogiego bojownika", taki sam, jaki mają terroryści al Kaidy i talibowie w obozie Guantanamo.
Ten status, według interpretacji prawników administracji Busha, pozwala trzymać schwytanych bezterminowo, bez żadnych praw, poza zasięgiem sądów.
Dopiero w 2005 roku, gdy obrońcy praw obywatelskich, składając skargi do sądów coraz wyższych instancji, byli bliscy podważenia interpretacji prawnej o statusie "wrogiego bojownika", Biały Dom zmienił front w sprawie Padilli. Z obawy, że sąd najwyższy USA wyda wyrok obalający procedury stosowane przez administrację - co mogłoby wpłynąć nie tylko na sprawę Padilli, ale także setek trzymanych w Guantanamo - Padillę przekazano do cywilnego więzienia. FBI i prokuratorzy Departamentu Sprawiedliwości zaczęli przygotowywać normalny proces o działalność terrorystyczną.
91 razy o al Kaidzie
Szybko się okazało, że stawianych mu wcześniej zarzutów nie można będzie powtórzyć w sądzie. O przygotowywanie przez Padillę zamachu w USA z użyciem "brudnej" bomby opowiedział podczas torturowania w tajnym więzieniu CIA w Europie Wschodniej Abu Zubaydah, jeden z szefów al Kaidy. Nie znał on jednak żadnych szczegółów.
O planach innych zamachów miał opowiedzieć sam Padilla w więzieniu wojskowym, gdzie stosowano wobec niego tzw. alternatywne techniki przesłuchań. Gdy w 2005 roku uzyskał dostęp do adwokata, wyparł się wszystkiego, twierdząc, że był torturowany, i że plótł, co mu ślina przyniosła na język.
Jego prawnicy twierdzą też, że kilkuletnia izolacja, poddawanie go ekstremalnym temperaturom, długie trzymanie w ostrym świetle lub kompletnej ciemności w tzw. pozycjach stresujacych, męczenie bardzo głośną muzyką, brakiem snu, pożywienia itd. wywołały u Padilli chorobę psychiczną. Sędzia uznał jednak, że jest on w stanie uczestniczyć w procesie.
W przemówieniu rozpoczynającym proces prokurator choć nie wspomniał o przygotowywaniu przez Padillę zamachów w USA, 91 razy wymienił nazwę al Kaida. - Oskarżony to wyszkolony przez al Kaidę żołnierz, który miał rekrutować innych, zabijać, porywać, mordować - mówił.
Obrońcy oponowali: - Prokurator chce zmienić to w proces al Kaidy, a Padilla jest niewinny, nie popełnił żadnego przestępstwa. W tej sprawie nie ma żadnych ofiar i żadnych dowodów.
Obrońcy nie zaprzeczają, że Padilla chciał pomagać islamskim grupom w Kosowie i Czeczenii. - Chodziło o pomoc cierpiącym muzułmanom, a nie żaden terroryzm - mówili.
Proces może potrwać trzy-cztery miesiące.