Jak Polacy wyciągają azbest z s/s "Rotterdam"

W stoczni w Wilhelmshaven Polacy usuwają toksyczny azbest z transatlantyku "Rotterdam". Bez porządnych kombinezonów i w niesprawnych maskach przeciwgazowych. - Boję się myśleć, ile się nawdychałem tego świństwa - mówi Paweł z Częstochowy.
Szarobiały "Rotterdam" stoi przy jednym z nabrzeży. Wokół kontenery, rusztowania i dwa dźwigowe żurawie. Po pokładzie przemykają ludzie w niebieskich hełmach.

Dwa tysiące ton azbestu

- Pierwsze dwie ekipy wiedziały, że będą pracować przy azbeście i przeszły szkolenia w Polsce. Następni nie mieli o tym pojęcia. Szkolono ich na miejscu. Część, gdy dowiedziała się, co będą robić, spakowała manatki i pojechała do domu - opowiada Mateusz, dwudziestoparolatek z południowej Polski.

Rozmawiamy w siedzibie związków zawodowych w Wilhelmshaven. Mateusz i kilkunastu jego kolegów razem z niemieckimi związkowcami szukają wyjścia. - To my do nich dotarliśmy. Cynk dali pracujący w porcie Niemcy. Sytuacja tych ludzi jest przerażająca - mówi związkowiec Gero Lüers.

Od kilku dni na miejscu jest też Małgorzata Zambroń z Europejskiego Stowarzyszenia Pracowników Migracyjnych. Spotyka się z Polakami. Na pierwszym, tajnym, spotkaniu pojawiło się 60 z 200 osób pracujących na "Rotterdamie".

Statek zwodowano w latach 60., gdy azbest był w powszechnym użyciu. Na statku jest prawie 2 tys. ton azbestu. Jest wszędzie. Izolowane są nim ściany i sufity, w azbestowej otulinie biegną rury przewodów. To w większości azbest niebieski, krokidolitowy, najbardziej toksyczna odmiana, najczęściej i najszybciej powoduje nowotwory. Wycofano go z użycia dobre ćwierć wieku temu.

- W kajutach było po prostu biało od azbestu - opowiada Paweł z Częstochowy, który na "Rotterdamie" wytrzymał kilka miesięcy. Ściągał azbest ze ścian szpachlami, a szlifierką kątową wycinał izolowane azbestem rury.

- Obiecywali nam wolnoobrotowe narzędzia. Dostaliśmy szybko obracające się szlifierki. Gdy tniesz nimi rurę, opiłki przepalają kombinezon i parzą ci ręce - opowiada Mateusz.

Opiłki spadają na wąż łączący maskę przeciwgazową z filtrem i wypalają w nim dziury. - Gdy wysiądzie bateria w filtrze, przez dziury zaczniesz zasysać powietrze z azbestem - opowiadają robotnicy.

Bateria w filtrze po naładowaniu powinna trzymać 10 godzin, ale maski są w użyciu non stop od grudnia. I jest ich za mało - na 200 pracowników przypada co najwyżej 120 masek. Pracujący na ranną zmianę przekazują maski tym ze zmiany popołudniowej. Ci, którzy się przed tym wzbraniają, są karani. - Nienaładowane baterie działają jeszcze góra dwie godziny. Nie wszyscy zauważają, że coś jest nie tak, i pracują dalej. Kończy się to omdleniami i krwotokami - opowiada Mateusz.

Był okres, że trzy czwarte masek było niesprawnych, a o nowe nie można się było doprosić. Magazynierzy starali się naprawiać maski, wymieniać węże, ale ze słabym efektem. - Naprawiana maska po kilku godzinach i tak nie nadaje się do użytku - mówią Polacy.

Biały pył wydostaje się też przez dziury w ścianach i nieszczelne kontenery. - Przepisy każą pakować azbest w podwójne worki, potem wkładać je do kontenerów, a kontenery foliować. Nikt tego nie robi - mówi Paweł.

Nie dostają też rękawic ochronnych, tylko zwykłe szmaciane. - Po kilku godzinach można je wyrzucić, bo są tak dziurawe. Ale u nas pracuje się przez tydzień, a swoje rękawice dajesz ludziom z drugiej zmiany - opowiada Jerzy z Bielska.

Pierwsze zmiany Polaków zakwaterowano w niewykończonym hotelu. W ciasnych pokoikach mieszkało po kilka osób. Dla 140 osób dwie toalety.

- Raz do budynku wkroczyła policja i władze miasta. Gdy zobaczyli, ilu nas tam mieszka, kazali w ciągu tygodnia przenieść połowę gdzie indziej - opowiada Mateusz. Mieszka niewiele lepiej. Razem z dziesięcioma kolegami dzieli trzypokojowe mieszkanko. - O tym, jak wygląda łazienka, nie chce opowiadać. Obiecali nam nowy prysznic, ale na tym się skończyło - mówi.

Jurek: - Karmią podle, dostajemy pięć paluszków rybnych albo ochłap mięsa i trochę ziemniaków. Za wyżywienie i noclegi z pensji odciąga się 220 euro miesięcznie.

Polacy pracują w firmie Derksen Polska - polskiej spółce-córce holenderskiej firmy Derksen Dienstverlening. Ta z kolei jest podwykonawcą holenderskiej firmy Infinity, której powierzono remont "Rotterdamu". Derksen powinien wypłacać po 11,50 euro na godzinę brutto. Płaci się o 2 euro mniej. Dlaczego? - Nikt nie jest nam w stanie powiedzieć - mówią Polacy. Nie dostają też diet, rozłąkowego ani pieniędzy za urlopy.

- Polscy nadzorcy traktują nas jak śmieci. Każde pytanie, kiedy uregulują nadgodziny albo wypłacą resztę pieniędzy, kończyło się zapowiedzią zwolnienia - opowiada Jurek.

Absolutnie w porządku

W Derksen Polska odmówiono mi rozmowy. Zdołałem porozmawiać tylko z Edwinem von Dortem, kierownikiem robót z ramienia Derksen Dienstverlening. - U nas wszystko jest absolutnie w porządku. Proszę nie wierzyć w to, co opowiadają ludzie. Gdyby było inaczej, nikt by u nas nie pracował. Był u nas zresztą polski konsul i nie stwierdził żadnych zastrzeżeń - mówi.

- To nieprawda - opowiada Łukasz Koterba, polski konsul z Hamburga. - Razem z niemieckimi władzami przeprowadziliśmy na "Rotterdamie" kontrolę. Z polskimi pracownikami rozmawiałem w cztery oczy. Odniosłem wrażenie, że się boją. Ciągle mam nadzieję, że któryś odważy się w końcu napisać skargę. Ludzie mają moje namiary - mówi. Szefowie Derksena żądali od konsula zaświadczenia, że na statku wszystko gra. Konsul odmówił.

To, co się dzieje na "Rotterdamie", wyjaśniają niemieckie władze. Niemieccy związkowcy chcą negocjować z Infinity i Derksenem, żeby zmienić warunki pracy Polaków.

Ludzie wytrzymują kilka miesięcy i uciekają, ale do Wilhelmshaven przyjeżdżają kolejni. Derksen zwozi tylu ludzi, że brakuje dla nich narzędzi - opowiadają pracownicy. Usuwanie azbestu ma potrwać do sierpnia. Później "Rotterdam" ma zostać przebudowany na pływające centrum rozrywkowe i biurowiec.

W Dreksen Polska nikt nie chciał z nami rozmawiać. Sekretarka zażądała, by pytania przesłać e-mailem. Odpowiedzi nie nadeszły. Szefowa firmy Olga Łuczak po południu nie odbierała komórki.